Akutagawa Ryũnosuke - "Życie szaleńca i inne opowiadania"
Żeby utrudnić sobie życie i zredukować ilość i tak już nieistniejącego wolnego czasu wpadłam na genialny pomysł i zapisałam się do grupy propagującej literaturę japońską. Z racji, że jest prowadzona przez osobę bardzo ogarniętą w temacie, szybko okazało się, że Murakamiego czytać nie będziemy (jego zresztą specjalnie reklamować w Polsce nie trzeba). Ba, ku mojej uciesze, wraz z propozycjami lektur posypały się artykuły o autorach, ich motywacji i w ogóle całej otoczce towarzyszącej ich pisaniu. Niestety szybko też okazało się, że bardzo niewiele książek w ogóle do nas dociera, a te które przebijają się jakoś przez barierę językową, mają często wiele błędów, tak dziwnych i zaskakujących jak choćby przecinki w nieodpowiednich miejscach. Może już popadam w paranoję, ale naprawdę wolałabym skupić się na treści a nie zastanawiać czy ktoś to faktycznie sprawdził przed puszczeniem do druku.
Opowiadania jakościowo wydały mi się bardzo nierówne. Jest "Rashomon" oraz "W gąszczu", które mogą zainteresować fanów Kurosawy, gdyż całkiem zgrabnie zostały połączone w jego filmie w jedną historię. Utopia "W krainie wodników" najbardziej zapada w pamięć ze względu na... długość. Z pewnością miała na celu wyśmianie japońskiego społeczeństwa, ale bez znajomości kontekstu staje się conajwyżej pokręconą opowieścią o dziwnych wodnych stworach. Tytułowe "Życie szaleńca" nastomiast jest jedynie zbiorem luźno powiązanych refleksji.
Najbardziej podobała mi się"Pasja twórcza", opisująca dzień z życia pisarza. Od rana przeżywa on drobny kryzys twórczy, i dopiero rozmowa z kilkuletnim wnukiem nastraja go pozytywnie, dzięki czemu spędza cały wieczór na pisaniu. Prosta historia, a jednak napisana tak zgrabnie, że wprowadziła mnie w przyjemny nastrój i wywołała uśmiech.
sobota, 14 kwietnia 2018
piątek, 2 marca 2018
Galaktyczna utopia.
Isaak Asimov - Trylogia "Fundacja"
Mam ostatnio problem z reedycjami. Otóż niektóre wydawnictwa zdają się oszczędzać nawet na tak podstawowych rzeczach jak korekta (o redakcji wielu nowych książek nawet nie wspominam, bo mogłabym o tym napisać osobnego posta), czy tłumaczenie. Dopadł mnie kryzys, więc postanowiłam sięgnąć po coś starego (choć nie twierdzę, że stare wydania są bez skazy). W wypadku "Fundacji" zaważyła też cena, która jak na 200-300 stronicowe tomy jest nieco zawyżona (i czy naprawdę przy takiej objętości potrzebna jest twarda okładka?). Z całym szacunkiem dla Rebisu, który prześlicznie wydał moją ukochaną Diunę... a potem poszedł za ciosem i przemielił na polski także resztę książek z tego uniwersum, choć autor już inny, a jakościowo nie umywają się przed główną sagą. Tymczasem na allegro roi się od staroci, więc w try miga zdobyłam za cenę 2 nowych książek pierwsze wydanie wszystkich 7 tomów "Fundacji". Z surrealistycznymi okładkami z lat 80-tych, na których niebieska głowa Asimova unosi się wśród tak przypadkowych przedmiotów jak roślinka, tęcza, Ziemia czy satelita.
No właśnie, 7 tomów, a w temacie "trylogia". O co tu chodzi? Nie, nie jest to żart w stylu Douglasa Adamsa. "Fundacja" z założenia miała być... właściwie, to nie było żadnego założenia. Po prostu Asimov napisał trzy tomy, po czym stwierdził, że ma dosyć pisania s-f i zajął się czymś innym na następne 25 lat. A konkretniej, zrobił profesurę z biochemii, napisał mnóstwo prac naukowych, i można by powiedzieć że stał się poważnym i poważanym obywatelem USA, gdyby nie fakt, że wydał też parę tomów z... dowcipami. Był też dobrym przyjacielem niejakiego Gene'a Roddenberry, znanego jako twórca Star Trek'a. Nie zdziwiłabym się, gdyby Asimov pisał żarty do serialu, bo jakościowo nie różnią się mocno od książkowych sucharków. Dopiero na starość wrócił do swojej populistycznej twórczości, i dopisał kolejne 4 tomy. Ale to bajka na kiedy indziej.
Wiem to wszystko oczywiście z wszechwiedzącej Wikipedii, którą wspominam tu ponieważ podobną ideę dzielił pierwszy bohater "Fundacji", który postanawia założyć kolonię... encyklopedystów. Tudzież zostaje wygnany wraz z współpracownikami...? Cóż, tu nie tylko moja pamięć zawodzi, ale też historia, która w każdym tomie (zawierającym zazwyczaj dwie części, każdą oddaloną o 50-100 lat, tak że trylogia kończy się 400 lat po zdarzeniach z pierwszego) jest przedstawiona troszkę inaczej. Seldon, bo takie jego nazwisko, jest wybitnym naukowcem, który pod pretekstem utworzenia najdokładniejszej encyklopedii we wszechświecie gromadzi całą dostępną ludzkości wiedzę w jednym miejscu, przekonany, że potomkowie jego kolonii wykorzystają ją by stworzyć nowe, trwalsze Imperium. Rozpisuje też plan na kolejne tysiąc lat, który rzekomo ma uratować ludzkość przed popadnięciem w barbarzyństwo.
Muszę przyznać, że po pierwszym tomie wzruszyłam ramionami i zajęłam się czymś innym... na jakieś 3 lata. Pomysł spoko, ale książka z lat 50, jak to często bywa z s-f, ma dużo anachronizmów. Niektóre całkiem urocze, jak samopisząca maszyna która pięknym, odręcznym pismem rejestruje wszystko, co się do niej mówi. Lub atomowe popielniczki ;D Zarówno skutki radioaktywności jak substancje rakotwórcze w papierosach były wtedy co najwyżej mitami, w które nikt nie chciał wierzyć, nic więc dziwnego, że pali prawie każdy bohater.
Dopiero ostatnio postanowiłam ruszyć sagę nieco do przodu. I tu nastąpiło pełne zaskoczenie, bo drugi tom przeczytałam w trzy dni, trzeci niewiele wolniej. Częściowo zapewne gdyż złapałam rytm, ale też postacie w drugim i trzecim tomie wydały się bardziej rozbudowane a akcja nieco ruszyła z kopyta (w stęp, bo kłusu ani tym bardziej galopu u Asimova nie ma co szukać).
Nie pierwszy raz odniosłam wrażenie, że Asimov nie czuje się pewnie w pisaniu książek popularnonaukowych. Postacie w jego książkach, mimo usilnych starań, są nieco miałkie i stereotypowe, najlepsza akcja zazwyczaj dzieje się gdzieś obok, a my zostajemy z grupką naukowców, którzy próbują nam wyjaśnić, co się właściwie stało. Gwiezdne Wojny to to nie są.
Wydaje mi się, że książki mogą spodobać się fanom pierwszego Star Treka. Dla pozostałych mam dobrą wiadomość: krążą pogłoski o stworzeniu serialu na podstawie Fundacji. Sądząc po tym, jaki mamy ostatnio boom na seriale, jest całkiem prawdopodobne, że się uda. Ciekawi mnie tylko jak dostosują fabułę do współczesnej wiedzy. Tymczasem odkładam kolejne tomy na przyszłe niewiadomo kiedy, bo wciągnęły mnie Martwe Dusze :P
czwartek, 25 stycznia 2018
Brytyjskie dziwactwo
Ian McEwan - "Solar"
Niewiele brakowało, a bym tej książki w ogóle nie przeczytała. Wypożyczyłam ją częściowo bo zainteresowała mnie recenzja jego najnowszej książki - "W skorupce orzecha", częściowo bo próbuję trochę lepiej poznać współczesną literaturę brytyjską, która, o dziwo, składa się z czegoś więcej niż Tolkien, Pratchett i Rowling, a częściowo bo potrzebowałam jakiejś "lekkiej" odskoczni od non-fiction, które ostatnio pochłaniam w coraz większych ilościach.
Tak więc poszłam do biblioteki z nazwiskiem na karteczce, poszperałam, i wygrzebałam "Solar", które między "Pokutą" i "Ukojeniem" wydało mi się w miarę najbardziej interesujące. Przełknęłam jakoś napis "International Bestseller" na okładce i zabrałam ustrojstwo do domu z cichą nadzieją, że będzie przynajmniej trochę śmieszne. Książka przeleżała miesiąc. Przedłużyłam. Przeleżała kolejny... i zapomniałam przedłużyć. W międzyczasie okazało się, że biblioteka jest zamknięta całe święta, i tylko rozsądek, który podpowiedział mi, by sprawdzić godziny otwarcia w internetach uchronił mnie od odbicia się od bibliotekowych drzwi. I wtedy przyszła mi do głowy myśl "A może by jednak chociaż dać książce szansę?" Skoro i tak utknęłam z nią na ponad tydzień? Tak więc zaczęłam czytać i ku memu wielkiemu zdziwieniu nie mogłam przestać.
Wyobraźcie sobie faceta, którego najbardziej nie lubicie, bo np. poderwał dziewczynę, która wam się podobała, albo wślizgnął się na stanowisko w pracy, o które walczyliście latami. Do tego zgarnia nagrody i granty za niewiadomoco, i wszyscy uważają go za geniusza. A przecież dostał tylko Nobla. I nie jest nawet przystojny. A teraz spróbujcie postawić się na jego miejscu. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie zrobił autor. I to całkiem przekonująco.
Główny bohater nie budzi sympatii, i z początku człowiek zastanawia się, jak to dzieje, że w ogóle go ktoś lubi i poważa. Może to i lepiej, bo przynajmniej nie jest nam przykro, gdy zdarzają mu się co i rusz jakieś nieprzyjemne "wypadki". I wcale nie jest taki super, jak mogłoby się wydawać osobom postronnym. Jedyną jego przewagą jest to, że dzięki wrodzonej inteligencji i wyuczonemu sprytowi udaje mu się tuszować swoje niepowodzenia. Oczywiście do czasu ;)
Co najbardziej mnie zaskoczyło, to że Michael Beard jest realistyczny aż do bólu. Okazuje się zupełnie przeciętnym człowiekiem, ze swoimi słabościami, odkładaniem "wzięcia się za siebie" na nieskończone jutro, podjadaniem z lodówki w środku nocy i okłamywaniem nie tylko innych, ale i siebie, że wszystko jest w porządku. Nieprzyjemnie przypomina... nas. Może dlatego nie każdemu się ta książka spodoba. Mnie jednak skłoniła do tego, by samej ruszyć tyłek i pójść na spacer ;)
W tle przewija się kwestia energii odnawialnej, tematu jak najbardziej na czasie, choć z raczej pesymistycznym zakończeniem.
Nie jest to przyjemna książka. Ale z pewnością interesująca i... otrzeźwiająca. Tak, to chyba dobre słowo.
Gdy po świętach dotarłam w końcu do biblioteki, zapłaciłam drobną karę, a książka wylądowała z powrotem w torebce, bym mogła ją w spokoju skończyć. Dostałam swoją nauczkę. Myślę, że z panem McEwanem się jeszcze nie raz spotkamy :)
"Znał ten sklep aż za dobrze i zdawał się nieświadomie kierować w jego stronę. Planował jedynie się rozejrzeć, przetestować silną wolę, może kupić gazetę, ale nic poza tym. Gdyby chodziło o pornografię, klęska nie oznaczałaby wielkiej szkody. Ale zdjęcia dziewczyn, czy choćby części ich ciał nie poruszały go już tak jak kiedyś. Jego problem był bardziej banalny niż świerszczyki. Już był przy kasie, już wygrzebywał funty spomiędzy euro, trzymając pod pachą cztery gazety zamiast jednej, jak gdyby nadmiar w jednej dziedzinie mógł spowodować umiar w drugiej, już podawał je do zeskanowania, gdy wyłapał kątem oka na wystawce koło kasy błysk rzeczy, której pragnął, rzeczy, której nie chciał pragnąć, tuzin ich, ułożonych w rzędzie, i bez podejmowania jakiejkolwiek decyzji chwycił jedną - taką lekką! - i dorzucił do swoich zakupów, częściowo zasłaniając zdjęcie premiera stojącego w drzwiach kościoła i machającego ręką.
Była to torebka z tworzywa sztucznego zawierająca drobno pocięte ziemniaki usmażone w oleju i przyprószone solą, uprzemysłowionym proszkiem żywnościowym, konserwantami, wzmacniaczami smaku, hydrolizatami oraz spulchniaczami, regulatorami kwasowości i barwnikami. Chipsy o smaku soli z octem."*
*Tłumaczyłam własnoręcznie z angielskiego, więc cytat może się trochę różnić od polskiej wersji książkowej ;)
poniedziałek, 22 maja 2017
Trzy kropki
William S. Burroughs - "Nagi lunch"
Wdepnęłam w bagno. Nie, to chyba mało powiedziane. Chyba, że uznać, że jest to bagno pełne wszelkich najgorszych odpadków, jakie ludzkość po sobie zostawia każdego dnia. Także tych, które przyjmują kształty humanoidalne, acz przez wielu ludzi są uznawane za istoty niższe. Robaki.
Wdepnęłam, nie do końca świadoma na co się piszę. Acz nie sądzę, by dało się przygotować umysł na to, co zawiera ta książka. Tym bardziej, gdy wstęp autora umieszcza się... na końcu. Choć nawet koniec okazuje się tylko iluzją.
Wyobraźcie sobie umysł ćpuna. Takiego w stadium końcowym. Gdy już jest tylko skórą, kośćmi i głodem. Takiego, który nie cofnie się przed niczym, by zdobyć działkę. Żyje w innym świecie, który ma swoje płynne prawa i naruszalne zwyczaje. W Interzone. Strefie między rzeczywistością a śmiercią. Jak to w ogóle zrobić? Paru osobom może przyjdzie na myśl Breaking Bad. Innym "My, dzieci z dworca Zoo" albo inne książki o narkotykach, które drogą pantoflową podsuwaliśmy sobie w Gimnazjum, niczym nielegalne, ale obowiązkowe lektury. Blisko, ale nie. Dzieci z dworca były mocne, to fakt. Ale bardzo daleko im do tego, co opisał Burroughs. Choćby dlatego, że on w żaden sposób nie próbował się tłumaczyć. Świadomie, jako dorosła osoba, wpakował się w nałóg, od którego nigdy do końca się nie uwolnił. I nie powie wam, że było super. Nie. Wpuści was do swojego chorego umysłu, a gdy wy, zaciekawieni, wejdziecie bez zastanowienia, zatrzaśnie drzwi i ze złowieszczym śmiechem rzeknie "O nie, nie ma odwrotu, a teraz patrz...". I zdacie sobie sprawę, że jesteście w piekle.
Ta powieść nie ma fabuły. Nie ma w niej nawet ram czasowych. Właściwie, to nie jest nawet powieść. To raczej serie obrazów, w których na próżno szukać sensu. Dopiero we "wstępie" dowiadujemy się, że właśnie przebrnęliśmy (o ile komuś się to uda) przez "uporządkowane" notatki, które autor spisywał będąc pod wpływem tzw opiatów (narkotyków wytwarzanych z maku), ale też innych środków odurzających, których wymieniać nie będę, bo zdziwilibyście się, ile z nich możecie znaleźć we własnej apteczce czy... kuchni. Co zabawne, większości z tego nawet nie pamięta.
Cóż... jeśli macie stalowe nerwy i interesujecie się tematem, możecie spróbować. Przeczytać książkę, oczywiście ;) Ale nie sądzę, by ktokolwiek normalny pochłonął ją za jednym razem (ja męczyłam po 10-20 stron dziennie) i nie miał żadnych koszmarów. Tym o słabszej psychice, ale nadal zainteresowanych, proponuję poprzestać na filmie, który jest nieco bardziej strawny i z tego co pamiętam nawet momentami zabawny (i nieziemsko surrealistyczny). A tak na serio, nie polecam wcale :D Bo z bagien czasem ciężko się wydostać...
Cytatu nie będzie. Wierzcie mi, nie chcecie tego.
poniedziałek, 1 maja 2017
Świeże jajeczka smażone na śmietankowym maśle
Joseph Heller - "Paragraf 22"
Jakoś w zeszłym roku zaryzykowałam randkę w ciemno. Jedyne, co wiedziałam, to że delikwent lubi rozprawiać o wojnie. "Na pewno ci się spodoba, skoro lubisz te klimaty!" - powiedziała dobroduszna Sara, wpisując tajemniczy numer na komputerze i podając mi pakunek gdy wychodziłam do domu. Tak, pakunek. Tak, bo to była randka z książką :P
Paczkę rozpakowałam jeszcze na przystanku, i uśmiechnęłam się do stojących obok uczniów, którzy, typowo dla swego wieku, byli zbyt zajęci sobą, by zwrócić uwagę na dziewczynę z książką w ręce. Po czym popadłam w konsternację. Przecież ta książka leży zapomniana i zakurzona w mojej prywatnej koźmińskiej biblioteczce! Obudził się leń - czemu mam czytać po angielsku, skoro mam własną, nietkniętą polską wersję?
W końcu więc oddałam nieszczęśliwego niedoszłego kochanka, i temat pewnie zostałby zapomniany, gdyby inny znajomy parokrotnie nie wspomniał, że "była to książka, po której przestał czytać fikcję". No niee, skąd ja to znam? To trochę jak z braćmi Elric, którzy sprawili, że uznałam, iż w kwestii anime nie ma już nic lepszego do obejrzenia (co nie do końca jest prawdą, acz moja przygoda z tą tematyką ostro od tego czasu przyhamowała i zrobiłam się szalenie wybredna). Czyżby więc "Paragraf 22" był aż tak dobry?
Cóż... nie jest. Na pewno nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak "Cienka czerwona linia" czy "Rzeźnia nr 5". Pierwsze trzysta stron przeczytałam trochę od niechcenia, po jedynym lub dwóch krótkich rozdziałach tuż przed snem. Próbowałam czasem więcej, ale ciężko było poczuć klimat, kiedy narrator ciągle skakał po czasie, przestrzeni i bohaterach. Trzecioosobowy strumień świadomości to nie łatwa sprawa i w sumie Hellerowi należy się za to szacunek, chociaż nie udało mu się uniknąć powtórzeń (ale czyż i my nie wracamy często do spraw, które nas wyjątkowo męczą, by po raz setny przeanalizować czy mogliśmy coś zrobić lepiej?). Na pewno plusem jest absurdalny humor. Żaden z bohaterów nie jest do końca normalny, często zachowują się nielogicznie, a rozmowy obierają zaskakujący tor. Ale może w tym szaleństwie jest metoda? W końcu trwa druga wojna światowa, i reakcje nietypowe mogą stanowić o ich być albo nie być. Po jakimś czasie da się nawet wychwycić jakiś schemat i spróbować ułożyć sobie w głowie chronologię.
Jest to z pewnością satyra wojenna. Normalni wariaci zrzucają bomby na nieistotne cele, ludzie "giną" w papierologii, nieistniejący żołnierz cenzuruje listy i podpisuje raporty, oficer zaopatrzeniowy handluje wszystkim z wszystkimi, czego skutkiem jest bombardowanie bazy przez własnych ludzi, a pułkownicy chcą w sumie tylko, żeby ktoś ich lubił. Ale jest to przede wszystkim książka o traumie, którą główny bohater próbuje w sobie stłumić, a która i tak w końcu wypływa na wierzch niczym... flaki. Bo strata, nawet zupełnie obcej osoby, zmienia wszystko. Uświadamia nam, że nie jesteśmy nieśmiertelnymi bogami, że wokół nas istnieją inni ludzie, na których życie mamy wpływ, i za których jesteśmy odpowiedzialni, czy tego chcemy czy nie.
Dzisiaj obejrzałam też film. Polecam, choćby dla Orsona Wellsa, grającego rozkapryszonego generała ("Jak to, nie mogę go zabić?") młodziutkiego Jona Voighta czy Martina Sheena (zdecydowanie za mała rola :<). No i dla rozklekotanych bombowców B-25, acz to już mój prywatny mały fetysz :P Fabuła jest tak posklejana, że nawet bez czytania książki da się ją zrozumieć i muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych ekranizacji, jakie widziałam. Choć wiadomo, książka zawsze lepsza ;P
"- Pan nie żyje - wyjaśnił mu jeden z szeregowców.
Doktor Deneeka poderwał gwałtownie głowę z urazą i niedowierzaniem.
- Co to ma znaczyć?
- Pan nie żyje - powtórzył drugi. - Pewnie dlatego jest pan taki zimny.
- Tak jest. Widocznie był pan nieżywy już od dawna, tylko nie poznaliśmy się na tym.
- Co wy tu, do cholery, wygadujecie? - zapiał doktor Deneeka przenikliwie, czując, jak ogarnia go lodowate przeczucie nadciągającego nieuniknionego kataklizmu.
- To prawda - powiedział jeden z sanitariuszy. - Zgodnie z dokumentami pan poleciał z McWattem, żeby zaliczyć sobie godziny w powietrzu. Ponieważ nie wyskoczył pan ze spadochronem, więc musiał pan zginąć w samolocie.
- Tak jest - dodał drugi. - Powinien pan być zadowolony, że w ogóle ma pan temperaturę.
Doktor Deneeka miał kompletny zamęt w głowie.
- Czy wyście powariowali? - spytał. - Poskarżę się na wasze zachowanie sierżantowi Towserowi.
- To właśnie on nam o tym powiedział - odezwał się Gus albo Wes. - Departament Wojny powiadomi pańską żonę.
Doktor Deneeka jęknął i wybiegł z ambulatorium, żeby zaprotestować u sierżanta Towsera, który cofnął się przed nim z odrazą i poradził mu, żeby w miarę możności nie pokazywał się ludziom na oczy, dopóki nie zapadnie decyzja, co począć z jego szczątkami doczesnymi."
piątek, 27 stycznia 2017
Radziecka sielanka
John Steinbeck, Robert Capa (zdjęcia) - "Dziennik z podróży do Rosji"
Z racji, że ostatnio wciągnęła mnie tematyka rosyjska, chwytam wszystko co zahacza ten temat, choćby delikatnie. Nic więc dziwnego, że gdy zobaczyłam połączenie Steinbeck-Rosja, zapaliło się w mojej głowie światełko pt. "Muszę to mieć!". Akurat trwa wznawianie całej jego prozy i tłumaczenie tego, co do tej pory nie zostało wydane, więc ku mojej wielkiej radości bez problemu zdobyłam książkę po polsku. Powoli zacieram też ręce na jego raport z wojny w Wietnamie,acz nie robię sobie wielkich nadziei na tłumaczenie (chociaż kto wie? Z pewnością wydawca...).
Mamy oto dwóch wesołków, Johna i Roberta, którzy zadali sobie proste pytanie: "A może Rosjanie nie chcą z nami wojny? Sprawdźmy!" I mimo ostrzeżeń wielu swoich znajomych, zdobywają odpowiednie dokumenty i wyruszają w podróż do kraju zza Żelaznej Kurtyny. John zabiera ze sobą notes, a Robert... dziesięć walizek z kliszami i aparatami fotograficznymi. Postanawiają poszukać "zwykłego, prostego człowieka", by dowiedzieć się, jak żyje i co ma do powiedzenia na temat zimnej wojny, która dopiero co się rozpoczęła (jest rok 1947). Już po przylocie natrafiają na problemy, które będą im towarzyszyć do końca podróży. I nie, problemy te nie mają nic wspólnego z sowiecką podejrzliwością wobec obcych, raczej z... kompletnym brakiem organizacji. Zaczyna się od tego, że osoba, która miała im załatwić hotel... przebywa w innym mieście i nie ma zielonego pojęcia o tym, że mieli przyjechać. Poza tym przez sporą część powieści autorzy przesiadują na lotniskach pijąc herbatę i czekając, aż jakiś samolot łaskawie zabierze ich do miejsca docelowego. Odwiedzają Ukrainę, Gruzję (nad którą tak się zachwycają, że sama nagle poczułam ochotę tam pojechać) Stalingrad (obecnie Wołgograd) oraz Moskwę. Wszędzie zostają wspaniale ugoszczeni, co skutkuje... problemami z żołądkiem i jadłowstrętem. Ale odkrywają też, że ludzie mają dość wojen, cieszą się że żyją i są zdecydowanie zbyt zajęci odbudową po poprzedniej, by myśleć o następnej.
Z racji, że ostatnio wciągnęła mnie tematyka rosyjska, chwytam wszystko co zahacza ten temat, choćby delikatnie. Nic więc dziwnego, że gdy zobaczyłam połączenie Steinbeck-Rosja, zapaliło się w mojej głowie światełko pt. "Muszę to mieć!". Akurat trwa wznawianie całej jego prozy i tłumaczenie tego, co do tej pory nie zostało wydane, więc ku mojej wielkiej radości bez problemu zdobyłam książkę po polsku. Powoli zacieram też ręce na jego raport z wojny w Wietnamie,acz nie robię sobie wielkich nadziei na tłumaczenie (chociaż kto wie? Z pewnością wydawca...).
Mamy oto dwóch wesołków, Johna i Roberta, którzy zadali sobie proste pytanie: "A może Rosjanie nie chcą z nami wojny? Sprawdźmy!" I mimo ostrzeżeń wielu swoich znajomych, zdobywają odpowiednie dokumenty i wyruszają w podróż do kraju zza Żelaznej Kurtyny. John zabiera ze sobą notes, a Robert... dziesięć walizek z kliszami i aparatami fotograficznymi. Postanawiają poszukać "zwykłego, prostego człowieka", by dowiedzieć się, jak żyje i co ma do powiedzenia na temat zimnej wojny, która dopiero co się rozpoczęła (jest rok 1947). Już po przylocie natrafiają na problemy, które będą im towarzyszyć do końca podróży. I nie, problemy te nie mają nic wspólnego z sowiecką podejrzliwością wobec obcych, raczej z... kompletnym brakiem organizacji. Zaczyna się od tego, że osoba, która miała im załatwić hotel... przebywa w innym mieście i nie ma zielonego pojęcia o tym, że mieli przyjechać. Poza tym przez sporą część powieści autorzy przesiadują na lotniskach pijąc herbatę i czekając, aż jakiś samolot łaskawie zabierze ich do miejsca docelowego. Odwiedzają Ukrainę, Gruzję (nad którą tak się zachwycają, że sama nagle poczułam ochotę tam pojechać) Stalingrad (obecnie Wołgograd) oraz Moskwę. Wszędzie zostają wspaniale ugoszczeni, co skutkuje... problemami z żołądkiem i jadłowstrętem. Ale odkrywają też, że ludzie mają dość wojen, cieszą się że żyją i są zdecydowanie zbyt zajęci odbudową po poprzedniej, by myśleć o następnej.
Sielankowy krajobraz co jakiś czas przerywa opis gruzów, jeńców niemieckich pomagających przy odbudowie czy obłąkanych bezdomnych, których zdjęcia jednak zostają na końcu skonfiskowane. Mimo to Steinbeck skupia się na ludzkim optymizmie, nadając nieco stronniczy wydźwięk książce. Nie ma się co dziwić, autor nie jest reporterem, ma swoje poglądy, które zostają potwierdzone. Do tego nie ma szans, żeby nasi śmiałkowie zostali wpuszczeni do miejsc, w których ludzie nie są szczęśliwi. Dla kontrastu, czytam teraz "Gułag" Anny Applebaum, z którego wynika, że tuż po wojnie nastąpiła jedna z największych fal aresztowań i zsyłek do obozów pracy. Ale na tym właśnie polega research - nigdy nie powinno się opierać swojej opinii na jednej relacji ;)
Na koniec pocieszna wstawka Roberta o trzech twarzach swojego towarzysza:
"Moje dni są bardzo długie, rozpoczyna je spotkanie z porannym Steinbeckiem. Otwieram ostrożnie oczy i widzę go siedzącego za biurkiem. Ma przed sobą otwarty notes i udaje, że pracuje. W rzeczywistości czeka na mój pierwszy ruch. Umiera z głodu. Poranny Steinbeck jest człowiekiem chorobliwie nieśmiałym, niezdolnym do podniesienia słuchawki telefonu i podjęcia najmniejszej próby kulturalnej rozmowy z sowieckimi kelnerkami. (...)
Po krótkim psychicznym striptizie rozpoczyna zmianę Steinbeck wieczorny. (...) Wypiwszy pewną ilość płynów, staje się niezwykle elokwentny, ma zdecydowane poglądy na każdy temat. (...) Po północy jego niewinność zaczyna iść w parze z siłą. Demonstruje ową siłę, używając jednego palca. Zapytuje niczego niepodejrzewających mężów, czy wiedzą, co to jest palcówka. Dwóch dżentelmenów siada za stołem naprzeciw siebie, przyciska łokcie do obrusu, zwierając środkowe palce. Po chwili zmagań pan Steinbeck zazwyczaj przyciska palec męża do stołu i elokwentnie opuszcza towarzystwo. Bywa, że późno w nocy próbuje grać z każdym. Kiedyś zaczepił pewnego jegomościa, który wyglądał na sowieckiego generała. Dla wszystkich oprócz Steinbecka. (...)
Wieczorny Steinbeck przepoczwarzył się w wersję nocną. Leży w łóżku mocno przytulony do grubego tomu poezji sprzed dwóch tysięcy lat, zatytułowanego Rycerz w tygrysiej skórze. Na jego twarzy maluje się całkowite odprężenie. Z otwartych ust tego cichego zazwyczaj mężczyzny wydobywa się nieskrępowane, głośne chrapanie."
niedziela, 6 listopada 2016
I shall be free
Bob Dylan - "Kroniki tom I"
Książka Dylana wpadła mi w oko już jakiś czas temu, mniej więcej kiedy przeczytałam krótki artykuł o tym, dlaczego prawdopodobieństwo, że dostanie Nobla, wcale nie jest takie małe. Była to interesująca teoria, więc gdy zobaczyłam w tym roku jego nazwisko pomiędzy Murakamim (nie ma szans, o czym wie każdy, kto przeczytał chociaż kilku noblistów - zupełnie inny typ prozy) a Roth'em (gdyby chcieli, już dawno by mu tę nagrodę dali), pomyślałam sobie "aha, całkiem czemu nie!". Wiem, że teraz łatwo mówić, no cóż, nikogo nie zmuszam by wierzył mi na słowo ;) Niestety, gdy na początku października planowałam masowe zamówienie z Czarnego, nakład książki nagle się wyczerpał (hmm, ciekawe czemu?). Z pomocą na szczęście przyszedł mi niezawodny poznański Arsenał ;)
Raczej nie gustuję w książkach typu wspomnienia, dzienniki, listy...pewnie dlatego, że gdy widzę grube tomiszcza autorstwa Mrożka, Grudzińskiego, Gombrowicza czy ostatnio wydane Osieckiej, to mój mózg od razu oblicza, ile czasu może mi zająć przebrnięcie przez nie, i kręci swoim hipotetycznym nosem z niezadowoleniem (jakby nie patrzeć zanim się rozgrzałam na tyle, by pochłonąć "Lód" Dukaja bez odmrożenia sobie palców, minęło pół roku). Podobnie jest zresztą z każdą grubą książką, choć w tym wypadku często wchodzi w grę kilka tomów. Na moje nieszczęście "Małe życie" miałam w wersji e-book, więc nie do końca świadoma objętości zmarnowałam prawie cały lipiec... ale jest to trauma, do której nie mam ochoty wracać. Tymczasem Kroniki mają tylko 225 stron.
No właśnie, kroniki. Nazwa jest trochę myląca, bo, przynajmniej mi, słowo "kroniki" kojarzy się z opisywaniem czegoś rok po roku w chronologicznym porządku. Najwyraźniej Dylanowi już nie bardzo... Po pierwsze, poza jednym rozdziałem, autor właściwie nie zaznacza, jaką część swojego życia opisuje, i musimy to wyciągać z kontekstu. Szybko okazuje się, że i to nie jest proste, bo skacze po miesiącach i latach w przód i tył, niczym pasikonik, czyli pisząc na zasadzie skojarzeń, tak zwanym strumieniem świadomości (sam wielokrotnie wspomina, że w młodości uwielbiał Kerouac'a, który stosował ten sam styl). Po drugie... można by pomyśleć, że przynajmniej rozdziały będą uporządkowane chronologicznie. Znowu błąd! Dylan najpierw mówi o tym, gdy jako młodzik przybył do Nowego Jorku, potem nagle jest już sławnym piosenkarzem z żoną i gromadką dzieci, następnie przeżywa kryzys artystyczny pod koniec lat 80-tych by na samym końcu... wrócić do początku swojej kariery. Tak jakby w ostatnim rozdziale po prostu poupychał to, co mu się nie zmieściło w pierwszym. Z książki jednak wynika, że artysta bardzo lubi mylić tropy, więc może i w przypadku tytułu o to chodziło?
Przyznaję, żadną wielką fanką Dylana nigdy nie byłam(no, może mam lekką słabość do "Hurricane"), acz nie twierdzę też, że jest beznadziejny. Ma po prostu lepsze i gorsze kawałki, a że napisał ich setki (tysiące?), to wiadomo, że metodą prób i błędów prędzej czy później wpadnie komuś w ucho. Do tego zaczął karierę w raczej niespokojnych czasach, śpiewając o trudnych tematach, nie ma się więc co dziwić, że, zupełnie niespodziewanie dla siebie samego, stał się z dnia na dzień ikoną rewolucji lat 60-tych. Co ciekawe, jak wynika z książki, był tym faktem niesamowicie podirytowany.
Generalnie książka jest trochę nierówna. Są momenty dla osoby niezagłębiającej się w historię nowojorskiej bohemy przełomu lat 50-tych i 60-tych ździebko nużące, pełne nazwisk, które niewiele mówią osobie żyjącej 50 lat później. Sama, gdy któreś nazwisko pojawiało się wyjątkowo często, sięgałam do głębin Wielkiego Internetu i odszukiwałam najbardziej znane utwory, nie zawsze jednak czując zachwyt, którym próbował mnie zarazić autor. Gdy przebrnie się przez te tyrady pełne nazw zespołów, utworów, ludzi z innej epoki, ukazuje nam się człowiek o charakterze, rzekłabym, chaotycznym neutralnym. Taki typowy bard. Człowiek, który za swój życiowy cel obrał opowiadanie historii w formie śpiewanej, ale jednocześnie nie lubiący się w te historie mieszać. Poeta. A niejeden poeta przecież już Nobla dostał. O co więc ten cały krzyk? Bo śpiewa? No i co z tego?
Dylan zawsze uważał się za przeciętnego człowieka, który po prostu robi to, co uważa za słuszne. Szkoda, że tacy ludzie są rzadko doceniani, a zwraca się uwagę na krzykaczy, którzy nie mają nic mądrego do powiedzenia.
Na koniec cytat o tym, jak Dylan odbiera tytuł honoris causa w Princeton. Może rzuci lekkie światło na to, dlaczego artysta tak długo ignorował Szwecką Akademię.
"- Choć znają go miliony, unika rozgłosu i zrzeszeń, wybierając życie rodzinne i izolację. Choć niebawem osiągnie niebezpieczny wiek trzydziestu lat, pozostaje autentycznym wyrazicielem niespokojnego i wrażliwego sumienia Młodej Ameryki.
Chryste Panie! To było jak uderzenie gromu. Wszystko się we mnie gotowało, ale nie dałem tego po sobie poznać. Niespokojne sumienie Młodej Ameryki! Znów to samo. Nie mogłem w to uwierzyć! Po raz kolejny dałem się nabrać. Laudator mógł powiedzieć wiele rzeczy, zająć się moją muzyką. Kiedy powiedział, że wolę się izolować od świata, zabrzmiało to tak, jakbym wolał siedzieć w żelaznym grobowcu, do którego wsuwają mi jedzenie na tacy.
Oślepiało mnie słońce, ale widziałem twarze ludzi, którzy dziwnie się na mnie gapili. Byłem tak wściekły, że miałem ochotę walić głową w ścianę. [...] Szepcząc i mamrocząc do mikrofonu, dobrnąłem jakoś do końca ceremonii i odebrałem cenny zwój. Wsiedliśmy do wielkiego buicka i odjechaliśmy. To był dziwny dzień.
- Banda fiutów jadących na ręcznym - rzucił Crosby."
Subskrybuj:
Posty (Atom)




