Mann, Thomas - "Upadła"
Czego można się spodziewać po jednym z pierwszych opowiadań przyszłego noblisty? Na pewno nie tego, na co wskazuje parę pierwszych stron - czyli pięknej opowieści o miłości. Bo, jak sam autor zauważa, "cała ta historia stałaby się nudna", gdyby zakończenie było łatwe do przewidzenia. I choć tytuł nam je troszkę podpowiada, i tak warto przeczytać. Dla stylu, dla oryginalnego, ironicznego spojrzenia na świat, i, choćby, żeby się trochę pośmiać.
Myślę, że to początek ciekawej znajomości, i że się nie zawiodę. W końcu pan Mann musi być zajebisty, skoro nie zapomniano o nim (jak to się wielu, nawet noblistom, zdarzyło) i jest wciąż czytany. Więc wybaczcie, że tak krótko(miało być "short" w końcu ;-) ) ale w łóżku czeka na mnie Tomasz M. ^_^
środa, 26 września 2012
niedziela, 23 września 2012
Short stories
Witajcie wszyscy czytający!
Zdaję sobie sprawę, że moje posty pojawiają się raczej rzadko. No cóż minęły wakacje, zrobiło się zimno, a to sprzyja siedzeniu w domu nad książkami. Niestety, niektóre książki po lecie przybrały na wadze ("Lód" Dukaja na przykład musi mieć sadełko, bo inaczej nie przetrwałaby tego całego zimna, które zawiera ;) ) co wydłuża wasz czas czekania na posty. W między czasie więc postanowiłam wziąć się za opowiadania różniaste. Tak więc rozpoczynam serię pt. "Short stories". W najbliższym czasie na pewno możecie się spodziewać sporo Thomasa Manna, bo choć jego opowiadania stanowią jedną sporą księgę, to wiele z nich wymaga osobnego, specjalnego traktowania.
Z innych spraw, mam nadzieję, że podoba wam się nowy wygląd mojego bloga. Być może zaniedługo, dzięki pomocy przyjaciela, zmieni się tło na bardziej swojskie (a dokładnie, z moją książką, kubkiem i pewnie paroma innymi przedmiotami). Niestety google ma bardzo dziwne wymagania jeśli chodzi o zdjęcia, więc nie wiem co z tego wyjdzie.
A tymczasem,
Live long and prosper, and meet a lot of good books \\// ;)
Zdaję sobie sprawę, że moje posty pojawiają się raczej rzadko. No cóż minęły wakacje, zrobiło się zimno, a to sprzyja siedzeniu w domu nad książkami. Niestety, niektóre książki po lecie przybrały na wadze ("Lód" Dukaja na przykład musi mieć sadełko, bo inaczej nie przetrwałaby tego całego zimna, które zawiera ;) ) co wydłuża wasz czas czekania na posty. W między czasie więc postanowiłam wziąć się za opowiadania różniaste. Tak więc rozpoczynam serię pt. "Short stories". W najbliższym czasie na pewno możecie się spodziewać sporo Thomasa Manna, bo choć jego opowiadania stanowią jedną sporą księgę, to wiele z nich wymaga osobnego, specjalnego traktowania.
Z innych spraw, mam nadzieję, że podoba wam się nowy wygląd mojego bloga. Być może zaniedługo, dzięki pomocy przyjaciela, zmieni się tło na bardziej swojskie (a dokładnie, z moją książką, kubkiem i pewnie paroma innymi przedmiotami). Niestety google ma bardzo dziwne wymagania jeśli chodzi o zdjęcia, więc nie wiem co z tego wyjdzie.
A tymczasem,
Live long and prosper, and meet a lot of good books \\// ;)
środa, 12 września 2012
Jedyny sprawiedliwy
Conrad, Joseph - "Lord Jim"
Stare, PIW'owskie wydanie z '73 roku, z cieniutkimi, pożółkłymi kartkami pewnej pochmurnej soboty uśmiechnęło się do mnie z półki w rodzinnym domu. Już jakiś czas temu rozważałam wyciągnięcie jej stamtąd, ale tym razem chyba już na prawdę nie miałam nic innego pod ręką. Ówczesne wydania PIW są bardzo delikatne ("Lalkę" Prusa, po przeczytaniu dwa razy, boję się teraz w ogóle brać do ręki, żeby się nie rozpadła), więc od razu było widać, że książki nikt nigdy nie tykał. Może poza przestawianiem jej czasem z miejsca na miejsce.
Od czasów liceum Conrad kojarzył mi się głównie z "Czasem Apokalipsy" oraz z nieprzyzwoitymi żartami moich znajomych. "Jądro ciemności" nie zrobiło na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do filmu, który mogłabym oglądać wiele razy.
Dlaczego więc sięgnęłam po Jima? Bo jest książką, która mimo 112 letniego stażu nadal ciągle gdzieś się przewija i jest na nowo wydawana. Byłam więc ciekawa, co sprawiło, że jest taka niezapomniana.
To była ciężka próba. Jim należy do tej niefajnej kategorii książek, w których przez pierwszą połowę się kompletnie nic nie dzieje. Mozolnie męczyłam każdą stronę, zadając sobie ciągle pytanie: O kurcze, jeszcze tyle... przecież już wszystko zostało powiedziane, więc co się może dziać przez następne 200 stron? Chyba faktycznie autor się pomylił, i powinien zrobić z "Lorda..." nowelę. I już nie chodzi o napięcie, które wystawia cierpliwość czytelnika na bardzo ciężką próbę. Po prostu postać Jima wydaje się prosta jak budowa cepa, i całą historię spokojnie dałoby się upchnąć w 50 stronach. No, może góra w 100.
Do plusów można zaliczyć klimat XIX wiecznych Indii, którego jest niestety trochę za mało jak dla mnie. Jest tylko Jim, głównie Jim, och i ach Jim. I jego Honor, przez duże H. I prosty podział na złych i dobrych. I parę refleksji na temat kobiet, kruchości i ulotności świata itp. czasem lepszych, czasem gorszych.
Ogólnie, moje życie nic się nie zmieniło po przeczytaniu książki. Nie dowiedziałam się też, czemu jest taka wspaniała. Może ktoś z was zna odpowiedź na to pytanie? (Jeśli odważyliście się ruszyć tego staruszka z półki). Bo skoro książka nie stanowi odpowiedzi, to ja już nie wiem. W każdym bądź razie, jedno jest pewne - stanowi niezły usypiacz ;) I drugie - więcej po Conrada nie sięgnę.
Na koniec, ładny cytat (jeden z niewielu):
"...tylko kobiety umieją niekiedy włożyć w miłość ów pierwiastek zaledwie dostrzegalny, który przejmuje nas lękiem - zetknięcie z czymś pozaziemskim. Pytam się siebie z zaciekawieniem, jak tez świat wygląda w oczach kobiet - czy ma kształt i treść, która nam jest znana, czy ma powietrze, którym my oddychamy! Wydaje mi się niekiedy, że to musi być kraina nierozsądnych wzniosłości, kipiąca od uniesień dusz ważących się na wszystko, opromieniona chwałą wszelkich możliwych hazardów i wyrzeczeń."
Stare, PIW'owskie wydanie z '73 roku, z cieniutkimi, pożółkłymi kartkami pewnej pochmurnej soboty uśmiechnęło się do mnie z półki w rodzinnym domu. Już jakiś czas temu rozważałam wyciągnięcie jej stamtąd, ale tym razem chyba już na prawdę nie miałam nic innego pod ręką. Ówczesne wydania PIW są bardzo delikatne ("Lalkę" Prusa, po przeczytaniu dwa razy, boję się teraz w ogóle brać do ręki, żeby się nie rozpadła), więc od razu było widać, że książki nikt nigdy nie tykał. Może poza przestawianiem jej czasem z miejsca na miejsce.
Od czasów liceum Conrad kojarzył mi się głównie z "Czasem Apokalipsy" oraz z nieprzyzwoitymi żartami moich znajomych. "Jądro ciemności" nie zrobiło na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do filmu, który mogłabym oglądać wiele razy.
Dlaczego więc sięgnęłam po Jima? Bo jest książką, która mimo 112 letniego stażu nadal ciągle gdzieś się przewija i jest na nowo wydawana. Byłam więc ciekawa, co sprawiło, że jest taka niezapomniana.
To była ciężka próba. Jim należy do tej niefajnej kategorii książek, w których przez pierwszą połowę się kompletnie nic nie dzieje. Mozolnie męczyłam każdą stronę, zadając sobie ciągle pytanie: O kurcze, jeszcze tyle... przecież już wszystko zostało powiedziane, więc co się może dziać przez następne 200 stron? Chyba faktycznie autor się pomylił, i powinien zrobić z "Lorda..." nowelę. I już nie chodzi o napięcie, które wystawia cierpliwość czytelnika na bardzo ciężką próbę. Po prostu postać Jima wydaje się prosta jak budowa cepa, i całą historię spokojnie dałoby się upchnąć w 50 stronach. No, może góra w 100.
Do plusów można zaliczyć klimat XIX wiecznych Indii, którego jest niestety trochę za mało jak dla mnie. Jest tylko Jim, głównie Jim, och i ach Jim. I jego Honor, przez duże H. I prosty podział na złych i dobrych. I parę refleksji na temat kobiet, kruchości i ulotności świata itp. czasem lepszych, czasem gorszych.
Ogólnie, moje życie nic się nie zmieniło po przeczytaniu książki. Nie dowiedziałam się też, czemu jest taka wspaniała. Może ktoś z was zna odpowiedź na to pytanie? (Jeśli odważyliście się ruszyć tego staruszka z półki). Bo skoro książka nie stanowi odpowiedzi, to ja już nie wiem. W każdym bądź razie, jedno jest pewne - stanowi niezły usypiacz ;) I drugie - więcej po Conrada nie sięgnę.
Na koniec, ładny cytat (jeden z niewielu):
"...tylko kobiety umieją niekiedy włożyć w miłość ów pierwiastek zaledwie dostrzegalny, który przejmuje nas lękiem - zetknięcie z czymś pozaziemskim. Pytam się siebie z zaciekawieniem, jak tez świat wygląda w oczach kobiet - czy ma kształt i treść, która nam jest znana, czy ma powietrze, którym my oddychamy! Wydaje mi się niekiedy, że to musi być kraina nierozsądnych wzniosłości, kipiąca od uniesień dusz ważących się na wszystko, opromieniona chwałą wszelkich możliwych hazardów i wyrzeczeń."
niedziela, 26 sierpnia 2012
Nigdy mnie nie zapomnij part 2
"Norwegian Wood" filmowo
Po przeczytaniu książki czułam pewien niedosyt, jak to często bywa po zapadających w pamięć powieściach. Tym razem mogłam go choć trochę zaspokoić, oglądając filmową wersję.
W takich wypadkach bardzo ciężko nie porównywać ekranizacji do książki, i choć starałam się być obiektywna, brakowało mi wielu rzeczy. Usunięto parę postaci i wątków, które, mimo że poboczne, dodawały książce pikanterii i humoru. Najważniejsza scena, która w książce trwała cały wieczór i noc, w filmie zajęła dwie, może trzy minuty. Rozumiem, że fabuła była bogata, i żeby zmieścić się chociaż w dwóch godzinach, pocięto ją sporo. Ok. Ale dlaczego, do jasnej ciasnej, przez całe dwie godziny słyszymy raptem cztery, pięć piosenek z lat 60 - tych, tak charakterystycznych i dla książki i ogólnie prozy Murakamiego? A resztę czasu zajmuje muzyka skrzypcowa? Gdy na początku nawet to pasuje do klimatu, po godzinie człowiek ma ochotę wyłączyć dźwięk. Co do aktorów, główny bohater ma ciągle taką samą minę, jakby było mu obojętne, co się dookoła niego dzieje. Za to plus za Naoko i Midori, bo obie były śliczne ;)
Podsumowując, film ma swoje momenty... niestety i dobre i złe. Da się go obejrzeć, ale osobiście polecam o wiele bardziej książkę. Bez czytania jej film może być dla niektórych zbyt dziwaczny, a z czytaniem... zbyt mało pokręcony.
W takich wypadkach bardzo ciężko nie porównywać ekranizacji do książki, i choć starałam się być obiektywna, brakowało mi wielu rzeczy. Usunięto parę postaci i wątków, które, mimo że poboczne, dodawały książce pikanterii i humoru. Najważniejsza scena, która w książce trwała cały wieczór i noc, w filmie zajęła dwie, może trzy minuty. Rozumiem, że fabuła była bogata, i żeby zmieścić się chociaż w dwóch godzinach, pocięto ją sporo. Ok. Ale dlaczego, do jasnej ciasnej, przez całe dwie godziny słyszymy raptem cztery, pięć piosenek z lat 60 - tych, tak charakterystycznych i dla książki i ogólnie prozy Murakamiego? A resztę czasu zajmuje muzyka skrzypcowa? Gdy na początku nawet to pasuje do klimatu, po godzinie człowiek ma ochotę wyłączyć dźwięk. Co do aktorów, główny bohater ma ciągle taką samą minę, jakby było mu obojętne, co się dookoła niego dzieje. Za to plus za Naoko i Midori, bo obie były śliczne ;)
Podsumowując, film ma swoje momenty... niestety i dobre i złe. Da się go obejrzeć, ale osobiście polecam o wiele bardziej książkę. Bez czytania jej film może być dla niektórych zbyt dziwaczny, a z czytaniem... zbyt mało pokręcony.
piątek, 17 sierpnia 2012
Nigdy mnie nie zapomnij.
Murakami, Haruki - "Norwegian Wood"
Ukochany przeze mnie realizm magiczny wyrusza poza Amerykę łacińską i podbija Japonię. A dokładnie, uderza z mocą młota obuchowego w nic nie podejrzewającego Murakamiego, który nagle zaczyna pisać, i to z dużym i międzynarodowym sukcesem. Jego nazwisko przewijało mi się przed nosem od dobrych paru lat, za każdym razem gdy przeszukiwałam jakąś księgarnię, nie sposób było nie natknąć się na reklamę jego kolejnej książki. Zwłaszcza ostatnio, gdy wziął się za wydawanie trylogii. W związku z tym postanowiłam pochłonąć go tak, jak się powinno pochłaniać pisarzy - od deski do deski, od najstarszej do najnowszej powieści. Recenzowanie zacznę jednak od trzeciej z kolei, z prostej przyczyny - dwie pierwsze przeczytałam zanim powstał blog. Zresztą, kto wie, może kiedyś się wezmę, to i poprzednie uświadczycie ;)
Mówiąc o trzeciej mam na myśli "Norwegian Wood", choć jest to tak naprawdę jego piąta powieść - tylko że dwie pierwsze nie wyszły oficjalnie poza Japonię, gdyż sam autor uznał je za zbyt słabe, by były warte tłumaczenia.
No więc o co chodzi z tym zachwytem? Do tej pory nie potrafię wytłumaczyć. Po dwóch pierwszych powieściach miałam bardzo mieszane uczucia, były tak dziwaczne. "Norwegian Wood" opowiada jednak historię całkiem przyziemną, w porównaniu z tamtymi wręcz zwyczajną.
Po paru pierwszych scenach zaczynamy myśleć, że jest to po prostu historia miłosna. I kiedy już zaczynamy się czuć, jakbyśmy oglądali piękny obraz, pojawia się widmo śmierci. Śmierci i osamotnienia. Ludzie umierają, odchodzą lub wręcz znikają, aż w pewnym momencie stajemy razem z głównym bohaterem na skraju przepaści, za którą nie ma nic. Właściwie jedynie dwie wartości: miłość i przyjaźń dają mu tę odrobinę nadziei, która go ratuje. A jednak poczucie smutku zostaje z nami do końca.
Podobno Murakami lubi uszy. Piękne ucho to piękna kobieta. Ale, co zauważyłam już przy pierwszej powieści, Murakami lubi też śrubki. W "Norwegian wood" są piękne kobiety, ale o wiele więcej jest nie podokręcanych śrubek, których trzeba pilnować, bo inaczej się pogubią, a bohaterowie rozpadną na części pierwsze. Każdy ma jakieś problemy, każdy wydaje się trochę nienormalny. I to właśnie czyni powieść bardziej realistyczną, niż magiczną.
Mimo wszystko jest to piękna historia, która zapada w pamięć głęboko. Zanim jednak zdecydujecie się za nią zabrać, sprawdźcie, czy macie wszystkie śrubki na swoim miejscu :)
"...z zasady brał do ręki tylko te książki, których autor nie żył od ponad trzydziestu lat. Wierzył tylko takim.
- Nie o to chodzi, że nie wierzę we współczesną literaturę Po prostu nie chcę marnować cennych chwil na czytanie rzeczy, które nie przetrwały próby czasu. Życie jest krótkie." (Coś w tym jest, może powinnam zacząć stosować podobną zasadę? Chociaż wtedy nie mogłabym czytać Murakamiego :( )
P. S. Za parę dni recenzja adaptacji filmowej "Norwegian Wood". Tak dla odmiany ;)
Ukochany przeze mnie realizm magiczny wyrusza poza Amerykę łacińską i podbija Japonię. A dokładnie, uderza z mocą młota obuchowego w nic nie podejrzewającego Murakamiego, który nagle zaczyna pisać, i to z dużym i międzynarodowym sukcesem. Jego nazwisko przewijało mi się przed nosem od dobrych paru lat, za każdym razem gdy przeszukiwałam jakąś księgarnię, nie sposób było nie natknąć się na reklamę jego kolejnej książki. Zwłaszcza ostatnio, gdy wziął się za wydawanie trylogii. W związku z tym postanowiłam pochłonąć go tak, jak się powinno pochłaniać pisarzy - od deski do deski, od najstarszej do najnowszej powieści. Recenzowanie zacznę jednak od trzeciej z kolei, z prostej przyczyny - dwie pierwsze przeczytałam zanim powstał blog. Zresztą, kto wie, może kiedyś się wezmę, to i poprzednie uświadczycie ;)
Mówiąc o trzeciej mam na myśli "Norwegian Wood", choć jest to tak naprawdę jego piąta powieść - tylko że dwie pierwsze nie wyszły oficjalnie poza Japonię, gdyż sam autor uznał je za zbyt słabe, by były warte tłumaczenia.
No więc o co chodzi z tym zachwytem? Do tej pory nie potrafię wytłumaczyć. Po dwóch pierwszych powieściach miałam bardzo mieszane uczucia, były tak dziwaczne. "Norwegian Wood" opowiada jednak historię całkiem przyziemną, w porównaniu z tamtymi wręcz zwyczajną.
Po paru pierwszych scenach zaczynamy myśleć, że jest to po prostu historia miłosna. I kiedy już zaczynamy się czuć, jakbyśmy oglądali piękny obraz, pojawia się widmo śmierci. Śmierci i osamotnienia. Ludzie umierają, odchodzą lub wręcz znikają, aż w pewnym momencie stajemy razem z głównym bohaterem na skraju przepaści, za którą nie ma nic. Właściwie jedynie dwie wartości: miłość i przyjaźń dają mu tę odrobinę nadziei, która go ratuje. A jednak poczucie smutku zostaje z nami do końca.
Podobno Murakami lubi uszy. Piękne ucho to piękna kobieta. Ale, co zauważyłam już przy pierwszej powieści, Murakami lubi też śrubki. W "Norwegian wood" są piękne kobiety, ale o wiele więcej jest nie podokręcanych śrubek, których trzeba pilnować, bo inaczej się pogubią, a bohaterowie rozpadną na części pierwsze. Każdy ma jakieś problemy, każdy wydaje się trochę nienormalny. I to właśnie czyni powieść bardziej realistyczną, niż magiczną.
Mimo wszystko jest to piękna historia, która zapada w pamięć głęboko. Zanim jednak zdecydujecie się za nią zabrać, sprawdźcie, czy macie wszystkie śrubki na swoim miejscu :)
"...z zasady brał do ręki tylko te książki, których autor nie żył od ponad trzydziestu lat. Wierzył tylko takim.
- Nie o to chodzi, że nie wierzę we współczesną literaturę Po prostu nie chcę marnować cennych chwil na czytanie rzeczy, które nie przetrwały próby czasu. Życie jest krótkie." (Coś w tym jest, może powinnam zacząć stosować podobną zasadę? Chociaż wtedy nie mogłabym czytać Murakamiego :( )
P. S. Za parę dni recenzja adaptacji filmowej "Norwegian Wood". Tak dla odmiany ;)
niedziela, 8 lipca 2012
Wakacje z wampirami
Lumley, Brian - "Nekroskop"
Z racji, że są wakacje, będzie trochę wakacyjnie ;p To znaczy w sumie Nekroskop z wakacjami nie ma wiele wspólnego, chyba że z moim pobytem we Włoszech wiele lat temu, kiedy to towarzyszył mi jeden z tomów. A tomów jest sporo, z tego co wiem wyszło chyba 15. Osobiście dotrwałam do 6, a polecam jedynie pierwsze 5, gdyż pozostałe, jak odniosłam wrażenie, są już pisane mocno pod zarabianie kasy. Czyli są grube, i zawierają o wiele mniej ciekawą, ale nadal wciągającą sensacyjno - horrorową papkę.
Czego można się spodziewać? Właściwie wszystkiego. Mamy tragedię rodzinną, paranormalne zdarzenia, szóste, siódme itd. zmysły, tajne wywiady, oczywiście Zimną Wojnę(bo to w końcu lata 70 - te i 80 -te), wampiry i inne potwory, historie miłosne, seks (w sam raz dla 14 letniej dziewczyny, którą wtedy byłam ^^) a na dokładkę - martwego matematyka, który jest największym mentorem głównego bohatera. No i oczywiście Harry'ego K., tytułowego Nekroskopa. Wszystko to ubrane w całkiem składną, i okropnie wciągającą fabułę. Jest ona swoją drogą tak pokręcona, że do tej pory nikt nie próbował sagi zekranizować. I całe szczęście, bo chyba bałabym się to oglądać. Nie dlatego, że jest takie straszne, ale po prostu niektórych rzeczy nie da się przenieść na ekran, i obawiam się, że w tym wypadku zawsze coś byłoby nie tak jak sobie wyobrażałam.
Bardzo się cieszę, że dziesięć lat temu nie istniała saga "Zmierzch". Teraz przynajmniej mogę być dumna, że moim pierwszym fikcyjnym obiektem westchnień był inteligentny, przystojny (w mojej głowie oczywiście), mądry, wrażliwy Harry Keogh, a nie, powiedzmy wprost, patison. Tudzież Edward C. sflaczały, błyszczący od słońca (no proszę ja was, to już była przesada!), pseudo wampir, wyglądający jakby miał nieustanne zatwardzenie.
Swoją drogą pewnie niektórzy chcą wiedzieć, dlaczego tak zacięcie jadę po sadze pani Meyer i jej ekranizacji? (Ci, którzy nie chcą niech przejdą do następnego akapitu ;P) Bo po pierwsze uważam, że zrobiła ona z wampirów pluszowe misie idealne dla dzisiejszej masowej pop kultury. Po drugie, przeczytałam w życiu trochę książek, lepszych i gorszych, ale w życiu nie widziałam takiego lania wody, jaki pani Meyer stosuje. Jak przez pierwszy tom jakoś przebrnęłam, tak nad drugim już prawie zasypiałam, gdy ni z gruszki ni z pietruszki z 50 stron przed końcem męczarni wyskoczyła namiastka ledwo trzymającej się kupy fabuły. Doprawdy nie wiem, jak taki kicz mógł stać się bestsellerem. Widocznie w dzisiejszych czasach najważniejsza jest odpowiednia reklama, a nie talent.
Tak więc pamiętajcie: wampiry to nie maskotki, które można przytulić i pogłaskać. Cały ich czar polegał na tym, że były przerażające i straszne. Nie odbierajmy im tego. Chrońmy ich prawo do bycia potworami! Wyrzućmy "Zmierzch" do kosza, i czytajmy powieści o wampirach z krwi i kości.
Polecam "Nekroskopa". Na lato, na samotne wieczory, na deszcz lub burzę (choć burzę to ja osobiście wolę oglądać) ;P I oby was wesssało ^^
sobota, 30 czerwca 2012
The reason why I fall in love with Paris :)
Child, Julia - "Moje życie we Francji"
Jakieś dwa lata temu moja przyjaciółka obejrzała film "Julie i Julia". Zachwycona kreacją Meryl Streep nie tylko namówiła mnie do obejrzenia filmu, ale także do wynalezienia, kupienia i dostarczenia jej autobiografii Julii Child. Książkę przeczytała w jeden dzień, zakochała się z miejsca, a potem przeczytała znowu... i znowu... i znowu. Gdy spotkałyśmy się ostatni raz przed końcem wakacji, marudziła, że właściwie latem nie przeczytała nic innego poza "Julią". Zmusiłam ją więc do oddania mi książki, świadoma, że jest to jedyny sposób, by uratować przyjaciółkę przed kompletnym uzależnieniem. Przed rozstaniem musiałam jeszcze złożyć obietnicę, że oddam książkę jak najszybciej (co było mało prawdopodobne, bo następne spotkanie miało odbyć się dopiero w okolicach Bożego Narodzenia), oraz że będę na bieżąco zdawać relację z lektury, a także... czytać jej fragmenty przez telefon, jeśli tylko zadzwoni i o to poprosi.
Mimo, iż film mi się bardzo podobał, podeszłam do książki sceptycznie. Głównie dlatego, że odstraszyła mnie moda na książki o gotowaniu oraz na autobiografie (które niedługo będzie "pisał" każdy pierwszy lepszy Rysio z Klanu czy inna Rutowicz). Z początku książka szła mi trochę powoli... ale sceptycyzm szybko zamienił się w zachwyt. Może nie taki jak u przyjaciółki, ale jednak. Musiałam jej przyznać rację, że w "Julii" jest coś, co sprawia, że życie po lekturze choć na pewien czas wydaje się cudowniejsze. Może książka nie podziałała na mnie tak narkotycznie, ale jednak jest wyjątkowa, jak sama główna bohaterka. Najdziwniejsze jest to, że nie potrafię powiedzieć, co jest takiego w książce co wywołuje pozytywne wibracje. Być może humor Julii, a może jej pozytywne podejście do życia?
Na pewno jestem wdzięczna Julii za to, że zmieniła moje zdanie na temat gotowania. Nawet spisałam sobie parę zasad dobrej kucharki:
1. Nie przepraszamy, jeśli jedzenie nie wyszło, tylko zapamiętujemy, co następnym razem trzeba zmienić.
2. Gotowanie sprzyja kontaktom międzyludzkim.
3. Gotowanie przede wszystkim ma sprawiać przyjemność.
Książka... zdecydowanie niezapomniania, a także grozi uzależnieniem ;)
Na koniec dwa cytaty o kocie ;P:
"Mała, szara kotka imieniem Minimouche, córka Minimere, po naszym przyjeździe za każdym razem zaprzyjaźniała się z nami od nowa. Była zdecydowanie typem dachowca, który korzystał z istot ludzkich wyłącznie w zakresie usług gastronomicznych i hotelarskich, mimo to cieszyłam się, że mam jakiekolwiek kocie towarzystwo. Jak mawiała w Paryżu Therese Asche: "Dom bez kota to jak życie bez słońca!" Co rano Minimouche wpadała do domu jak strzała, gdy tylko otwierała się okiennica, i głośnym miauczeniem domagała się śniadania. Pochłaniała jedzenie, miauczała, żeby ją wypuścić, i wybiegała, żeby cały dzień polować na jaszczurki. Wieczorem siadała Paulowi na kolanach, gdy słuchaliśmy radia, a ja robiłam kolacje. Któregoś popołudnia Minimouche przywlokła żywą mysz i tarmosiła ją po całej kuchni. Mysz oczywiście uciekła, a my mieliśmy dramat na miarę polowania na jelenie."
"Któregoś dnia ćwiczyłyśmy z siostrą mówienie po francusku przez telefon, tak aby nikt się nie domyślił, że to my. Dort ścisnęła sobie nos palcami, i bardzo wysokim, piskliwym głosem zaświergoliła:""Oui, oui, J'ECOUTE!""(Tak, słucham!), jak miały to w zwyczaju paryżanki. Minette, która spała na odwróconej doniczce, nagle zerwała się, wskoczyła Dort na kolana i ugryzła ją lekko w dłoń. Zachwyciło nas to, więc i ja spróbowałam - ""Oui, oui, J'ECOUTE!"" - a Mini zareagowała identycznie jak poprzednio, dreszczykiem rozkoszy. To wywołało jeszcze więcej śmiechu, pisków ""J'ECOUTE!"" i miłosnych ukąszeń. Nasze wysokie tony poruszały chyba jakąś tajemną strunę kociej wrażliwości miłosnej."
Subskrybuj:
Posty (Atom)