Dukaj, Jacek - "Lód"
Zima. Zimą jest zimno. Zimą ludzie najchętniej zapadli by w sen, by obudzić się dopiero na wiosnę. Ale nie ja. Zimą nachodzi mnie chęć na Rosję. Na Dostojewskiego. Na książki ciężkie i trudne jak "Inny świat". Na tematykę syberyjską... czyli na "Lód" właśnie. Tej zimy owa wielka bryła lodu towarzyszyła mi w łóżku przez dobre 5 miesięcy. I wbrew pozorom, nie mroziła (ani nie zmoczyła mi pościeli xD) ale wywoływała wypieki na policzkach. Nawet mimo tego, że w "Lodzie" panowały klimaty bliskie zera absolutnego, przy którym nasze zimy to upały ;)
Dlaczego tak długo? Jeśli ktoś kiedyś widział "Lód", nie powinien pytać. Kniha ma 1047 stron, zapisanych drobniutkim druczkiem. Słowa, słowa i jeszcze raz słowa. Wszystkie trzeba pochłonąć, przepuścić przez mózg i wydalić. Nie da się inaczej, jeśli nie chcemy się pogubić. Czasem odnosi się wrażenie, że aż za dużo słów, zwłaszcza, gdy autor próbuje wypowiedzieć niewypowiedziane. Mimo to na samym końcu w mojej głowie zrodziło się pytanie: "Jak to, już koniec? Przecież jeszcze tyle do zrobienia!" ...i chciałam czytać od nowa ;P Dobrze, że książka była z biblioteki.
Książka jest o tym, o czym lubię - czyli o wszystkim. Zawiera zagadnienia z matematyki, fizyki, językoznawstwa, filozofii... Pokazuje na dodatek historię alternatywną, czyli co by było gdyby... gdyby nie było pierwszej Wojny Światowej bo Rosja "zamarzła". Dosłownie i w przenośni. W 1924 roku wciąż rządzi car Mikołaj II, trwa wojna z Japonią, a wszelkie próby rewolucji są od razu duszone w zarodku. Po cesarstwie Rosyjskim (które nadal obejmuje Polskę) krążą lodowe monstra zwane Lutymi (moja wyobraźnia wytworzyła tu obraz czegoś na podobieństwo Buki w kolorze... lodu :P). Ludzie też zamarzli - psychicznie. W królestwie mrozu jest się tym, kim się było w momencie przyjścia lodu. Nie da się kłamać, zmieniać, działać kreatywnie... chyba, że ma się na to sposób.
Mimo ciężkostrawności, książka jest zajebista. Ukłon dla pana Dukaja - szkoda mi jednak, że długo nikt nie weźmie się za tłumaczenie, choćby na ang. No cóż, świat niech się karmi papką dla mas w stylu "50 twarzy Grey'a" (tak, znalazłam sobie nową książkę do pastwienia się :P), my mamy o niebo lepszych pisarzy ;) Trzeba tylko dobrze poszperać na półkach :)
Tak więc, jeśli nie chcesz, by twój mózg zamarzł razem ze światem za oknem, sięgnij po coś, co rozpala neurony ;) Albo w drugą stronę - jeśli tęsknisz za prawdziwą zimą... Albo w trzecią - jeśli nie podoba Ci się, że na dworze jest zimno... Albo!! Tyle możliwości... tylko nie zwariujcie od nadmiaru myślenia ;)
"Bo zazwyczaj człowiek wypowie słowo i
już pół uwagi odchodzi od człowieka – od tego, kim jest –
na prawdziwe lub fałszywe znaczenie słowa. Bardziej pracowite
gaduły potrafią się niemal zupełnie wymazać z istnienia powodzią
słów wylewanych minuta po minucie, sens po sensie.”
wtorek, 29 stycznia 2013
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Krótka historia kolonizacji Marsa.
Bradbury, Ray - "Kroniki Marsjańskie"
Science Fiction zazwyczaj kojarzy się z kinem rozrywkowym w stylu Gwiezdnych Wojen, lub wręcz na odwrót, z ciężkostrawnym (przynajmniej dla mnie) Lemem albo Odyseją Kosmiczną Kubricka. Ewentualnie ktoś skojarzy "Łowcę Androidów" z pisarzem o ch... nazwisku (Philip K. Dick). Ale czy mówi wam coś nazwisko Bradbury? Mi świtało gdzieś pod czaszką, ale dopóki znajomy nie polecił mi "451 stopni Fahrenheita", nie wzbudzało mojego zainteresowania. Potem okazało się, że we własnej biblioteczce mam "Kroniki...", i dlatego właśnie zaczynam od nich, a nie od ww.
Książka powstała w 1950 roku, więc byłam przygotowana na sporą dawkę technologicznych anachronizmów. Spotkałam natomiast cywilizację, która technologii nie zna wcale - komunikują się telepatycznie, do przemieszczania się używają zwierząt, ogólnie żyją w zgodzie z naturą - ciekawe czy nam się uda dotrzeć do tego momentu. Marsjanie to spokojne istoty, tak pochłonięte własnymi sprawami, że z początku nie zauważają "inwazji" Ziemian, ba, uznają ich po prostu za nieuleczalnych wariatów. Ale nie będę przecież opowiadać fabuły... ;)
Ten zbiór luźno powiązanych opowiadań wprowadza w niesamowity nastrój. Bywa refleksyjnie (zwłaszcza nt tego, jak konsumpcyjny charakter naszej cywilizacji niszczy wszystko co piękne i warte zachowania), mrocznie (duchy, samotne spotkanie Ziemianina i Marsjanina gdzieś na środku pustyni), a także przygnębiająco, zwłaszcza gdy nagle oczy wszystkich kolonistów zwracają się w kierunku Ziemi, a moja wyobraźnia zaczyna działać tak, że czuję się jakbym ponownie oglądała na wielkim ekranie zniszczenie rodzimej planety Spocka w najnowszej wersji Star Treka...
A w tym wszystkim rodzi się jakże aktualne pytanie: po co lecimy na Marsa? Z czystej ciekawości? Czy, tak jak księżyc, zostanie zapomniany na wiele dziesięcioleci, by potem stać się atrakcją turystyczną? Czy po to, by zaśmiecić i zniszczyć kolejną planetę, gdy na naszej nie będzie już co ratować?
Takie książki są potrzebne. Bradbury dostaje ode mnie wielkie "JEEJ" i "WOOW" i inne och i ach, a pozatym "451 stopni Fahrenheita" podskakuje na bardzo wysoką pozycję na liście książek do kupienia :)
"Jak mógłby pachnieć czas? Kurzem, płaszczami i ludźmi. A jeśli zastanowić się, jak brzmi czas, to szumi on niczym woda płynąca w mrocznej grocie, dźwięczy jak płaczące głosy, huczy jak ziemia, opadająca na drewniane pokrywy trumien, szemrze jak deszcz. a dalej, jak wygląda czas? Jak śnieg padający cicho w ciemnym pokoju, albo może niemy film w dawnym kinie - setki miliardów twarzy, szybujących w dół niczym noworoczne balony, coraz niżej i niżej, w nicość. Tak właśnie pachniał, wyglądał i brzmiał czas. Zaś tej nocy - Tomas wysunął rękę za okno ciężarówki - tej nocy można było nieomal go dotknąć."
Science Fiction zazwyczaj kojarzy się z kinem rozrywkowym w stylu Gwiezdnych Wojen, lub wręcz na odwrót, z ciężkostrawnym (przynajmniej dla mnie) Lemem albo Odyseją Kosmiczną Kubricka. Ewentualnie ktoś skojarzy "Łowcę Androidów" z pisarzem o ch... nazwisku (Philip K. Dick). Ale czy mówi wam coś nazwisko Bradbury? Mi świtało gdzieś pod czaszką, ale dopóki znajomy nie polecił mi "451 stopni Fahrenheita", nie wzbudzało mojego zainteresowania. Potem okazało się, że we własnej biblioteczce mam "Kroniki...", i dlatego właśnie zaczynam od nich, a nie od ww.
Książka powstała w 1950 roku, więc byłam przygotowana na sporą dawkę technologicznych anachronizmów. Spotkałam natomiast cywilizację, która technologii nie zna wcale - komunikują się telepatycznie, do przemieszczania się używają zwierząt, ogólnie żyją w zgodzie z naturą - ciekawe czy nam się uda dotrzeć do tego momentu. Marsjanie to spokojne istoty, tak pochłonięte własnymi sprawami, że z początku nie zauważają "inwazji" Ziemian, ba, uznają ich po prostu za nieuleczalnych wariatów. Ale nie będę przecież opowiadać fabuły... ;)
Ten zbiór luźno powiązanych opowiadań wprowadza w niesamowity nastrój. Bywa refleksyjnie (zwłaszcza nt tego, jak konsumpcyjny charakter naszej cywilizacji niszczy wszystko co piękne i warte zachowania), mrocznie (duchy, samotne spotkanie Ziemianina i Marsjanina gdzieś na środku pustyni), a także przygnębiająco, zwłaszcza gdy nagle oczy wszystkich kolonistów zwracają się w kierunku Ziemi, a moja wyobraźnia zaczyna działać tak, że czuję się jakbym ponownie oglądała na wielkim ekranie zniszczenie rodzimej planety Spocka w najnowszej wersji Star Treka...
A w tym wszystkim rodzi się jakże aktualne pytanie: po co lecimy na Marsa? Z czystej ciekawości? Czy, tak jak księżyc, zostanie zapomniany na wiele dziesięcioleci, by potem stać się atrakcją turystyczną? Czy po to, by zaśmiecić i zniszczyć kolejną planetę, gdy na naszej nie będzie już co ratować?
Takie książki są potrzebne. Bradbury dostaje ode mnie wielkie "JEEJ" i "WOOW" i inne och i ach, a pozatym "451 stopni Fahrenheita" podskakuje na bardzo wysoką pozycję na liście książek do kupienia :)
"Jak mógłby pachnieć czas? Kurzem, płaszczami i ludźmi. A jeśli zastanowić się, jak brzmi czas, to szumi on niczym woda płynąca w mrocznej grocie, dźwięczy jak płaczące głosy, huczy jak ziemia, opadająca na drewniane pokrywy trumien, szemrze jak deszcz. a dalej, jak wygląda czas? Jak śnieg padający cicho w ciemnym pokoju, albo może niemy film w dawnym kinie - setki miliardów twarzy, szybujących w dół niczym noworoczne balony, coraz niżej i niżej, w nicość. Tak właśnie pachniał, wyglądał i brzmiał czas. Zaś tej nocy - Tomas wysunął rękę za okno ciężarówki - tej nocy można było nieomal go dotknąć."
sobota, 22 grudnia 2012
Drop of happiness.
Dumas, Aleksander jr. - "Dama Kameliowa"
Książka, która w dzisiejszych czasach kojarzy się głównie ze słowem romansidło, z jakiegoś powodu została przełożona na język teatralny i operowy. Zaciekawiło mnie, jaki to był powód. No i nie odmawia się nazwisku Dumas :)
Zakupiona w taniej księgarni, wydana w serii pt. "Klasyka romansu", raczej nie zachęcała. Tym bardziej, gdy już na pierwszej stronie wydawca postanowił mnie poinformować, że dla dobra języka, oraz ze względu na "ubogość naszej współczesnej mowy" postanowił zachować wierność tłumaczeniu sprzed kilkudziesięciu lat. Nie dowiedziałam się, niestety, kto za tłumaczenie się zabrał, w związku z czym nie miałam jak sprawdzić, czy posiadał kompetencje by się tym zająć. Momentami zdania były tak pokręcone, że zastanawiałam się, czy ktoś nie pomylił pojęcia "wierne" z "dosłowne". Jeśli ludzie w XIX w. mówili do siebie w ten sposób, to nie wiem, jakim cudem się rozumieli ;) A tym bardziej nie dziwi mnie, że dzisiaj mało kto sięga po tę książkę.
Kiedy już przyzwyczaiłam się do pokręconej składni, pochłonęłam powieść bardzo szybko. To właśnie lubię w starych romansach - nie są aż tak schematyczne jak współczesne, i zazwyczaj niosą ze sobą jakieś głębsze przesłanie. "Dama Kameliowa" nie kończy się na "żyli długo i szczęśliwie". Schody zaczynają się po tych słowach, przy czym można z pewnością wykreślić "długo". Choć pewnie było by i długo, ale konwenanse i uprzedzenia społeczne przygniotły delikatne uczucie, jakie łączyło głównych bohaterów.
No cóż, historyjka bardzo ładna, i nie dziwię się, że przetrwała próbę czasu. Polecam, choć niekoniecznie w tym anonimowym i pokręconym tłumaczeniu.
piątek, 21 grudnia 2012
Short stories. El pajaco :P
Mann, Thomas - "Pajac"
Co by tu napisać, żeby was nie zanudzić? "Pajac" właściwie całkiem przypomina "Małego pana Friedemanna". Podobny rozwój akcji, jedyna różnica, to że opisy postaci są bardziej dopracowane. Zwłaszcza męskie opisy :P Chociaż tu nie ma się co dziwić, skoro Mann był podejrzewany o homoseksualizm. Widać pewien postęp w kunszcie pisarskim, ale co z tego, skoro tematyka ta sama? Może w takim razie powinnam sobie darować opisywanie każdego opowiadania, i wrzucanie postów dopiero, gdy trafię na coś ciekawszego? A może mała przerwa od krótkiej formy, może kolej na "Buddenbrooków"? Tym bardziej, że powstali krótko po "Pajacu". Zobaczymy.
Tymczasem, jeśli mózg mi na to pozwoli, jutro zapraszam na wieczór z "Damą Kameliową" ;) Jeśli nie pozwoli, to mam nadzieję w środę ;)
Co by tu napisać, żeby was nie zanudzić? "Pajac" właściwie całkiem przypomina "Małego pana Friedemanna". Podobny rozwój akcji, jedyna różnica, to że opisy postaci są bardziej dopracowane. Zwłaszcza męskie opisy :P Chociaż tu nie ma się co dziwić, skoro Mann był podejrzewany o homoseksualizm. Widać pewien postęp w kunszcie pisarskim, ale co z tego, skoro tematyka ta sama? Może w takim razie powinnam sobie darować opisywanie każdego opowiadania, i wrzucanie postów dopiero, gdy trafię na coś ciekawszego? A może mała przerwa od krótkiej formy, może kolej na "Buddenbrooków"? Tym bardziej, że powstali krótko po "Pajacu". Zobaczymy.
Tymczasem, jeśli mózg mi na to pozwoli, jutro zapraszam na wieczór z "Damą Kameliową" ;) Jeśli nie pozwoli, to mam nadzieję w środę ;)
czwartek, 13 grudnia 2012
Barcelona's wind.
Zafón, Carlos Ruiz - "Cień Wiatru"
Jak już chyba wspominałam, staram się bestsellery omijać szerokim łukiem. Jednak "Cień wiatru" kusił mnie tematyką (książki, Barcelona... książki :P). Na polskim rynku mało jest literatury hiszpańskiej (nie mylić z iberoamerykańską, od której od czasu szaleństwa na nią w latach 70-tych nie można się odpędzić), a przynajmniej osobiście nie natrafiłam na żadną bardziej ambitną (no dobra, Molina może ma ambicje, ale, jak można wydedukować z mojego czerwcowego posta, chyba aż za duże ;) ). Chodzi mi o to, że docierają do nas tylko hiszpańskie bestsellery, a takimi stają się najwyraźniej głównie kryminały. Trochę to smutne, ale jak się mówi, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Zwłaszcza, że mój hiszpański jest zdecydowanie za biedny, by brać się za oryginały. Padło więc na "Cień Wiatru", z tęsknoty za ciepłem, czymś egzotycznym, chęcią poznania miasta, które mnie zachwyca, i które z chęcią zobaczę na własne oczy.
Już na pierwszej stronie pojawia się Cmentarz Książek Zapomnianych. Od razu mówię, że nie czytałam książki przed założeniem bloga, ale nazwa pojawia się także na tylnej okładce(którą tyle razy oglądałam w księgarniach, zanim zdecydowałam się na zakup), więc nie zdziwię się, jeśli moja podświadomość po prostu otwarła starą, zakurzoną szufladkę, z której wypełzła zbitka słów, by mi je podsunąć w odpowiednim momencie. Zwłaszcza w tym wypadku nie ma co wierzyć w przypadek, więc od razu się podekscytowałam. Tym bardziej, że opis Cmentarza, i obraz, który z każdym słowem coraz wyraźniej rysował mi się w głowie, był cudowny. Niestety Cmentarz szybko zniknął, pojawiła się intryga, stare tajemnice, które nie dawały głównemu bohaterowi spokoju, i do których odkrycia dążył z zadziwiającą determinacją... a które wydały mi się zbyt oczywiste. Nic nie poradzę, że w młodości naczytałam się za dużo Agathy Christie ;)
Książka jest przyjemna. Podoba mi się, że każda napotkana osoba wnosi jakąś nową, czasem nie związaną z główną fabułą, historię swojego życia. I to właśnie te historie stanowią tak naprawdę siłę książki. Gdyby nie one, pewnie nie dotrwałabym do końca, bo, powiedzmy sobie szczerze, "Cień Wiatru" Zafona, nie jest "Cieniem Wiatru" Caraxa - nie zarywa się dla niego nocy. Spodziewałam się też więcej Barcelony, no ale nie można wymagać nie wiadomo jakich opisów od osoby, która do tej pory zajmowała się tylko scenariuszami filmowymi. Mam nadzieję, że Zafón się rozwinie, bo zadatki na dobrego pisarza ma. Książkę polecam, i oby wciągnęło was bardziej niż mnie, bo myślę, że ja po prostu już z takich książek wyrosłam.
Na koniec jedna z wielu mądrości Femina Romero de Torres:
"Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterię: to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć."
czwartek, 29 listopada 2012
Life's a joke.
Kundera, Milan - "Żart"
Mam problem z tą książką. Taki mianowicie, że... szybko ulatuje z pamięci. Przyjemnie i szybko się ją czytało, bez zgrzytów i nieprzyjemności, więc niby powinnam ją zaklasyfikować jako niezapomnianą, ale cóż, kiedy ulatuje?
"Żart" opowiada o zemście, którą główny bohater planuje a potem wykonuje na znajomym z partii, przez którego został wydalony ze studiów. Jak się okazuje, plan zostaje wykonany za późno i obraca się przeciwko sprawcy. W międzyczasie poznajemy, poprzez opowieść bohatera, oraz osób z nim związanych, życiorys tego pechowca. Ponieważ w każdym rozdziale narratorem jest kto inny, musimy się domyślać, jakie są jego relacje z Ludwikiem. Nawet podobał mi się ten chwyt literacki, bo budził mój zmysł detektywa, kazał szukać słów - kluczy, które mogłyby wiązać dane osoby. Drażniła mnie natomiast postawa postaci - wszyscy żyli przeszłością, jakby teraźniejszość, ani późniejsze zdarzenia (niektóre na tyle silne, że, wg mnie powinny zachwiać ich systemem wartości) nie miały żadnego wpływu na ich życie. Na dodatek wszyscy są cholernie poważni. Właściwie jedyną barwną osobą w całym dziele jest Łucja - pojawia się i znika w życiu dwóch bohaterów, ale sama nie jest narratorem. Momenty, gdy jak zjawa wynurzała się z natłoku czarno-białych liter, były chyba jedynymi, kiedy naprawdę nie mogłam doczekać się kolejnego zdania. Być może faktycznie miała być to przede wszystkim opowieść o miłości, a nie kpina z komunistycznego systemu? No cóż, nigdy nie byłam dobra w interpretowaniu, poza tym uważam, że każdy ma prawo rozumieć dzieło na swój sposób. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, o czym właściwie jest ta książka, proponuję ją po prostu przeczytać. W gruncie rzeczy była całkiem fajna ;)
Na koniec mały cytacik o życiu ;)
"Wszystkie przełomowe sytuacje w życiu są bezpowrotne. Żeby być pełnym człowiekiem, trzeba przejść przez tą bezpowrotność z całą świadomością. Wypić ją do dna. Bez oszustwa. Bez udawania, że się jej nie widzi."
Mam problem z tą książką. Taki mianowicie, że... szybko ulatuje z pamięci. Przyjemnie i szybko się ją czytało, bez zgrzytów i nieprzyjemności, więc niby powinnam ją zaklasyfikować jako niezapomnianą, ale cóż, kiedy ulatuje?
"Żart" opowiada o zemście, którą główny bohater planuje a potem wykonuje na znajomym z partii, przez którego został wydalony ze studiów. Jak się okazuje, plan zostaje wykonany za późno i obraca się przeciwko sprawcy. W międzyczasie poznajemy, poprzez opowieść bohatera, oraz osób z nim związanych, życiorys tego pechowca. Ponieważ w każdym rozdziale narratorem jest kto inny, musimy się domyślać, jakie są jego relacje z Ludwikiem. Nawet podobał mi się ten chwyt literacki, bo budził mój zmysł detektywa, kazał szukać słów - kluczy, które mogłyby wiązać dane osoby. Drażniła mnie natomiast postawa postaci - wszyscy żyli przeszłością, jakby teraźniejszość, ani późniejsze zdarzenia (niektóre na tyle silne, że, wg mnie powinny zachwiać ich systemem wartości) nie miały żadnego wpływu na ich życie. Na dodatek wszyscy są cholernie poważni. Właściwie jedyną barwną osobą w całym dziele jest Łucja - pojawia się i znika w życiu dwóch bohaterów, ale sama nie jest narratorem. Momenty, gdy jak zjawa wynurzała się z natłoku czarno-białych liter, były chyba jedynymi, kiedy naprawdę nie mogłam doczekać się kolejnego zdania. Być może faktycznie miała być to przede wszystkim opowieść o miłości, a nie kpina z komunistycznego systemu? No cóż, nigdy nie byłam dobra w interpretowaniu, poza tym uważam, że każdy ma prawo rozumieć dzieło na swój sposób. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, o czym właściwie jest ta książka, proponuję ją po prostu przeczytać. W gruncie rzeczy była całkiem fajna ;)
Na koniec mały cytacik o życiu ;)
"Wszystkie przełomowe sytuacje w życiu są bezpowrotne. Żeby być pełnym człowiekiem, trzeba przejść przez tą bezpowrotność z całą świadomością. Wypić ją do dna. Bez oszustwa. Bez udawania, że się jej nie widzi."
środa, 14 listopada 2012
O demonach i ich innej miłości ;P
Marquez, Gabriel Garcia - "O miłości i innych demonach"
Ogólnie rzecz biorąc, to zostawiam sobie Marqueza na szeroko rozumiane "kiedyś". Bo go lubię, a nawet bardzo, i zbieram sobie powoli jego książkografię... i tak zbieram i zbieram i nie czytam. Tym bardziej po kolej. Ostatnio jednak poznańskie kino "Muza" puszczało ekranizację powyższej powieści, oraz "Rzecz o mych smutnych dziwkach" w tani czwartek, więc stwierdziłam, a co mi tam i... poleciałam do najbliższej biblioteki by wypożyczyć obie (bo tych o dziwo akurat nie miałam). Z seansu nic nie wyszło, książki nie zdążyłam przeczytać przed czwartkiem i tak, ale przynajmniej motywacja była.
Książka jest podobno kontrowersyjna, ze względu na miłość 12-latki do 36-letniego księdza. W sumie nie wiem o co ten krzyk, skoro się ze sobą nie przespali ;P Bardziej wstrząsnął mną kompletny brak miłości gdziekolwiek indziej. Wszyscy są zapatrzeni w siebie, rodzice dziewczynki zaczynają się nią interesować dopiero, gdy ich reputacja jest zagrożona. Jedynie niewolnicy zdają się przejmować jej losem, na który niestety nie mają większego wpływu. Panuje częste u Marqueza poczucie osamotnienia i braku wzajemnego zrozumienia.
Z wszystkich pobocznych wątków najbardziej podobał mi się fragment o książce bez tytułu, którą główny bohater próbuje znaleźć, i czyta przez to wszystko, co wpadnie mu w ręce. Nie zdradzę jednak jak poszukiwanie się skończyło :P
Sama historia miłosna jest raczej prosta a zakończenie przewidywalne. To tło stanowi wg mnie najważniejszą część książki, i dodaje jej smaku. Jest też jednak smutne a miejscami odrażające, więc ostrzegam, że nie nadaje się dla osób o słabym żołądku. W porównaniu z innymi książkami Gabiego ta plasuje się trochę ponad przeciętną, ale jednak w pewien sposób zapada w pamięć.
Jeszcze na temat filmu. Obrany został z całej brzydoty, skupiając się na romansie dwójki bohaterów(przy czym wiek Siervy Marii nie został podany, a wygląda na ok 15 lat). Historia wypolerowana z wszystkich chropowatości stała się śliczna, cukierkowa, nierealna i... nudna. Nie polecam.
"W owych dniach zapytała go, czy to prawda, że miłość, jak mówiły piosenki, może wszystko.
Prawda - odpowiedział jej - ale dobrze zrobisz, jeśli nie będziesz w to wierzyć."
Ogólnie rzecz biorąc, to zostawiam sobie Marqueza na szeroko rozumiane "kiedyś". Bo go lubię, a nawet bardzo, i zbieram sobie powoli jego książkografię... i tak zbieram i zbieram i nie czytam. Tym bardziej po kolej. Ostatnio jednak poznańskie kino "Muza" puszczało ekranizację powyższej powieści, oraz "Rzecz o mych smutnych dziwkach" w tani czwartek, więc stwierdziłam, a co mi tam i... poleciałam do najbliższej biblioteki by wypożyczyć obie (bo tych o dziwo akurat nie miałam). Z seansu nic nie wyszło, książki nie zdążyłam przeczytać przed czwartkiem i tak, ale przynajmniej motywacja była.
Książka jest podobno kontrowersyjna, ze względu na miłość 12-latki do 36-letniego księdza. W sumie nie wiem o co ten krzyk, skoro się ze sobą nie przespali ;P Bardziej wstrząsnął mną kompletny brak miłości gdziekolwiek indziej. Wszyscy są zapatrzeni w siebie, rodzice dziewczynki zaczynają się nią interesować dopiero, gdy ich reputacja jest zagrożona. Jedynie niewolnicy zdają się przejmować jej losem, na który niestety nie mają większego wpływu. Panuje częste u Marqueza poczucie osamotnienia i braku wzajemnego zrozumienia.
Z wszystkich pobocznych wątków najbardziej podobał mi się fragment o książce bez tytułu, którą główny bohater próbuje znaleźć, i czyta przez to wszystko, co wpadnie mu w ręce. Nie zdradzę jednak jak poszukiwanie się skończyło :P
Sama historia miłosna jest raczej prosta a zakończenie przewidywalne. To tło stanowi wg mnie najważniejszą część książki, i dodaje jej smaku. Jest też jednak smutne a miejscami odrażające, więc ostrzegam, że nie nadaje się dla osób o słabym żołądku. W porównaniu z innymi książkami Gabiego ta plasuje się trochę ponad przeciętną, ale jednak w pewien sposób zapada w pamięć.
Jeszcze na temat filmu. Obrany został z całej brzydoty, skupiając się na romansie dwójki bohaterów(przy czym wiek Siervy Marii nie został podany, a wygląda na ok 15 lat). Historia wypolerowana z wszystkich chropowatości stała się śliczna, cukierkowa, nierealna i... nudna. Nie polecam.
"W owych dniach zapytała go, czy to prawda, że miłość, jak mówiły piosenki, może wszystko.
Prawda - odpowiedział jej - ale dobrze zrobisz, jeśli nie będziesz w to wierzyć."
Subskrybuj:
Posty (Atom)


