Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekkostrawna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekkostrawna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lutego 2013

Porządek panuje w Stambule.


Pamuk, Orhan - "Cevdet Bej i synowie"

Kto by pomyślał, Turcy też potrafią pisać ;) Oczywiście, że potrafią. Mało z tego wszystkiego jednak dociera do nas, mimo, że mieszkamy tak blisko. A jednocześnie tak daleko... bo przecież Turcja to inny świat, jacyś arabowie, muzułmanie... trochę jak Egipt, nadaje się jedynie na letnie wakacje (choć Egipt ostatnio nie nadaje się nawet na to). I nie można tam alkoholu kupić!

Zastanówmy się, czy wielu z nas tak nie myśli? I w ogóle, po co ta Turcja chce się przyłączać do UE? No więc wyobraźcie sobie, tak na początek, że w Turcji też bywa zimno...

I oto lądujemy w Stambule, na początku XX wieku. Brat tytułowego bohatera, buntownik, wraca po latach z Paryża. Na łożu śmierci próbuje w Cevdecie obudzić demokratę, lecz ten woli być kupcem i umywa ręce od jakiejkolwiek zabawy w politykę. Właśnie się żeni, planuje kupić dom w najlepszej dzielnicy miasta - Nişantaşı. I tu, że tak powiem, film się urywa, a my przenosimy się w czasie o 30 lat. Obserwujemy, jak synowie Cevdeta oraz ich znajomi, pod wpływem europejskiej kultury po prostu głupieją. A także jak Stambuł i Turcja powoli próbują dorosnąć do demokracji.

Pamuk jest kolejnym z pisarzy, z którymi, mam nadzieję, spędzę dużo czasu. Ale ale są dwa ;) Przynajmniej jeśli chodzi o jego pierwszą powieść. Po pierwsze, świat przedstawiony jest z perspektywy bogatych kupców, których stać na wyjazdy do Europy, i którzy mają na tyle wolnego czasu, żeby zacząć się zastanawiać, dokąd ich kraj dąży. Najwidoczniej pospólstwo nie miało żadnych refleksji na temat warunków swojego życia. Właściwie pojawiają się raz - w momencie zakończenia prac nad budową tunelu, gdy zmęczonych zmusza się do zabawy - przy okazji jeden z głównych bohaterów zostaje wyzwany od wyzyskiwaczy. Drugie ale, to niedostatek wątków - niektóre postacie, które zapowiadają się ciekawie, znikają gdzieś w połowie powieści, i więcej nie są wspominane. Moja osobista ciekawość czuje się niezaspokojona ;)

Mimo tego całego narzekania, książka mi się podobała. Wzbudziła we mnie zainteresowanie współczesną Turcją (do tej pory te tereny kojarzyły mi się głównie z Historią Starożytnego Wschodu z pierwszego roku studiów :P) i zmusiła kilka neuronów do pracy (które mimo wszystko tęsknią za "Lodem" :P). No i to lekkie zdziwienie - spora część akcji dzieje się w zimie - a więc oni tam też mają przymrozki :P I alkohol ;)

A to już wnuk Cevdeta, malarz:

"Na jego płótnach starzy kupcy, gospodynie domowe, grzeczne dziewczęta i młodzieńcy, eleganccy panowie i służący rozmawiali, stojąc w bladym świetle, zawsze pośród tych samych przedmiotów, w wypłowiałych ogrodach, na schodach i w salonach. Sprawiali wrażenie, jakby na coś czekali, jakby chcieli dokończyć pracę, zanim nadejdzie przyszłość, wciąż powtarzając identyczne czynności, trochę niespokojnie, trochę ospale i trochę niecierpliwie."

P.s. Dzisiaj bez obrazka, bo nie mogłam znaleźć starych zdjęć Nişantaşı, a przecież nie wrzucę Hagii Sofii, o której w książce nic nie ma, i którą raczej wszyscy kojarzą ;) Ale jeśli się coś w tym względzie zmieni, dam znać ;)

sobota, 22 grudnia 2012

Drop of happiness.


Dumas, Aleksander jr. - "Dama Kameliowa"

Książka, która w dzisiejszych czasach kojarzy się głównie ze słowem romansidło, z jakiegoś powodu została przełożona na język teatralny i operowy. Zaciekawiło mnie, jaki to był powód. No i nie odmawia się nazwisku Dumas :)
Zakupiona w taniej księgarni,  wydana w serii pt. "Klasyka romansu", raczej nie zachęcała. Tym bardziej, gdy już na pierwszej stronie wydawca postanowił mnie poinformować, że dla dobra języka, oraz ze względu na "ubogość naszej współczesnej mowy" postanowił zachować wierność tłumaczeniu sprzed kilkudziesięciu lat. Nie dowiedziałam się, niestety, kto za tłumaczenie się zabrał, w związku z czym nie miałam jak sprawdzić, czy posiadał kompetencje by się tym zająć. Momentami zdania były tak pokręcone, że zastanawiałam się, czy ktoś nie pomylił pojęcia "wierne" z "dosłowne". Jeśli ludzie w XIX w. mówili do siebie w ten sposób, to nie wiem, jakim cudem się rozumieli ;) A tym bardziej nie dziwi mnie, że dzisiaj mało kto sięga po tę książkę.
Kiedy już przyzwyczaiłam się do pokręconej składni, pochłonęłam powieść bardzo szybko. To właśnie lubię w starych romansach - nie są aż tak schematyczne jak współczesne, i zazwyczaj niosą ze sobą jakieś głębsze przesłanie. "Dama Kameliowa" nie kończy się na "żyli długo i szczęśliwie". Schody zaczynają się po tych słowach, przy czym można z pewnością wykreślić "długo". Choć pewnie było by i długo, ale konwenanse i uprzedzenia społeczne przygniotły delikatne uczucie, jakie łączyło głównych bohaterów.
No cóż, historyjka bardzo ładna, i nie dziwię się, że przetrwała próbę czasu. Polecam, choć niekoniecznie w tym anonimowym i pokręconym tłumaczeniu.

czwartek, 13 grudnia 2012

Barcelona's wind.


Zafón, Carlos Ruiz - "Cień Wiatru"

Jak już chyba wspominałam, staram się bestsellery omijać szerokim łukiem. Jednak "Cień wiatru" kusił mnie tematyką (książki, Barcelona... książki :P). Na polskim rynku mało jest literatury hiszpańskiej (nie mylić z iberoamerykańską, od której od czasu szaleństwa na nią w latach 70-tych nie można się odpędzić), a przynajmniej osobiście nie natrafiłam na żadną bardziej ambitną (no dobra, Molina może ma ambicje, ale, jak można wydedukować z mojego czerwcowego posta, chyba aż za duże ;) ). Chodzi mi o to, że docierają do nas tylko hiszpańskie bestsellery, a takimi stają się najwyraźniej głównie kryminały. Trochę to smutne, ale jak się mówi, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Zwłaszcza, że mój hiszpański jest zdecydowanie za biedny, by brać się za oryginały. Padło więc na "Cień Wiatru", z tęsknoty za ciepłem, czymś egzotycznym, chęcią poznania miasta, które mnie zachwyca, i które z chęcią zobaczę na własne oczy.
Już na pierwszej stronie pojawia się Cmentarz Książek Zapomnianych. Od razu mówię, że nie czytałam książki przed założeniem bloga, ale nazwa pojawia się także na tylnej okładce(którą tyle razy oglądałam w księgarniach, zanim zdecydowałam się na zakup), więc nie zdziwię się, jeśli moja podświadomość po prostu otwarła starą, zakurzoną szufladkę, z której wypełzła zbitka słów, by mi je podsunąć w odpowiednim momencie. Zwłaszcza w tym wypadku nie ma co wierzyć w przypadek, więc od razu się podekscytowałam. Tym bardziej, że opis Cmentarza, i obraz, który z każdym słowem coraz wyraźniej rysował mi się w głowie, był cudowny. Niestety Cmentarz szybko zniknął, pojawiła się intryga, stare tajemnice, które nie dawały głównemu bohaterowi spokoju, i do których odkrycia dążył z zadziwiającą determinacją... a które wydały mi się zbyt oczywiste. Nic nie poradzę, że w młodości naczytałam się za dużo Agathy Christie ;)
Książka jest przyjemna. Podoba mi się, że każda napotkana osoba wnosi jakąś nową, czasem nie związaną z główną fabułą, historię swojego życia. I to właśnie te historie stanowią tak naprawdę siłę książki. Gdyby nie one, pewnie nie dotrwałabym do końca, bo, powiedzmy sobie szczerze, "Cień Wiatru" Zafona, nie jest "Cieniem Wiatru" Caraxa - nie zarywa się dla niego nocy. Spodziewałam się też więcej Barcelony, no ale nie można wymagać nie wiadomo jakich opisów od osoby, która do tej pory zajmowała się tylko scenariuszami filmowymi. Mam nadzieję, że Zafón się rozwinie, bo zadatki na dobrego pisarza ma. Książkę polecam, i oby wciągnęło was bardziej niż mnie, bo myślę, że ja po prostu  już z takich książek wyrosłam.

Na koniec jedna z wielu mądrości Femina Romero de Torres:

"Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterię: to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć."

środa, 31 października 2012

Short stories. Diabeł w Krakowie

Orbitowski, Łukasz - "Nocne życie kpiarzy i szyderców"

Nie pytajcie mnie, skąd to wytrzasnęłam. Dziesięcioletnie zielone poplamione zszyte zszywaczem kartki, opowiadanie wydrukowane własną drukarką. Nie wiem kto polecił, czy może sama znalazłam? Dawno to było i nieprawda.
Zaczyna się od przemyśleń, o tym, że marzenia starzeją się wolniej niż ludzie. I coś w tym pewnie jest. Potem zamienia w myślociąg, jedno skojarzenie za drugim, w opowieść o grupce kumpli, którzy razem szwendają się po krakowskich knajpach. Zatapiamy się w mrocznej stronie miasta, niedostępnej dla przeciętnego przyjezdnego. Przypominałoby to trochę klimat z filmu "Chłopaki nie płaczą", zwłaszcza jeśli chodzi o dialogi, gdyby nie magiczny aspekt opowiadania - knajpa, którą prowadzi barman - Szatan, taka, którą można znaleźć tylko wtedy, gdy się jest "zlanym jak zwierze".
Jest mroczne, wciągające i... za krótkie. No i cóż, poleciłabym do przeczytania, jest tylko mały problem - bardzo ciężko dostać. Zdaje się, że było wydrukowane raz w jakimś czasopiśmie, wieki temu*. Naprawdę nie wiem skąd je mam. Ale skoro przez 10 lat nie wyszło mi z głowy, a tytuł pałętał się po zakurzonych kątach mojego mózgu, aż zmusił do wyciągnięcia i przeczytania po raz kolejny, to znaczy, że warto poszukać. To na pewno nie koniec przygód z panem Orbitowskim, następnym razem postaram się jednak wybrać bardziej dostępne dzieło :)

" - A co miałem napisać?
 - Może prawdę?
 - Prawda jest prosta stary. Kocham, tęsknię, czuję się samotny. Łapię uciekającą młodość jak świętą wodę, a one sruu, przez paluchy i w błoto."

*Czasopismo ARTyleria, nr 2(3) 2002r.

sobota, 27 października 2012

Zaczarowane banany

Banana, Yoshimoto - "Kuchnia"

Japońska literatura lubi mnie kusić. Egzotycznymi nazwiskami, totalnie nieznaną mi kulturą, no i Murakamim, który robi światową karierę i jest ogólnie świetny. O dziwo jednak, nie po książkę Murakamiego sięgnęłam gdy pierwszy raz postanowiłam zagłębić się w klimaty kraju kwitnącej wiśni. Pierwszą było.... ale o tym kiedy indziej ;P W każdym bądź razie drugim znanym poza Japonią nazwiskiem jest pani Banana. Można się domyślić, że to pseudonim (japońscy artyści lubią pseudonimy), naprawdę nazywa się Mahoko. Podobno jej książki były bardzo popularne w Polsce w latach 90 - tych. Osobiście nie pamiętam, znalazłam ją po prostu w dziale z literaturą japońską w bibliotece.
Anyway, "Kuchnia" zawiera dwa opowiadania; "Kuchnię" oraz "Moonlight Shadow". Oba traktują o śmierci bliskich osób, i czasem dziwnych sposobach radzenia sobie z tym. W pierwszym bohaterka przypomina bezdomnego kota, którego ktoś przygarnia. Ale ona i tak ucieka. Przypomina swoim zachowaniem bardziej małą bezradną dziewczynkę, niż dwudziestokilkuletnią kobietę. Jeśli spodziewamy się odnajdywania radości życia poprzez gotowanie, to źle trafiliśmy. Kuchni w "kuchni" jest niewiele. Opowiadanie odrobinę się ciągnie, choć jest całkiem przyjemne i... szybko ulatuje z pamięci.
Co innego drugie, krótsze "Moonlight Shadow". Wydaje się bardziej sensowne i trzymające się kupy ;P A zarazem poranne bieganie, ze ślicznym mostem, rzeką (mgła!), duchami w tle - no cóż, czysta magia :)
Książka jest lekka i przyjemna, ale odnoszę wrażenie, że skierowana raczej do żeńskiej części ludzkości. No ale cóż, nie jestem facetem. W sam raz na czytanie w miejskiej komunikacji i raczej... do szybkiego zapomnienia.

niedziela, 8 lipca 2012

Wakacje z wampirami


Lumley, Brian - "Nekroskop"

Z racji, że są wakacje, będzie trochę wakacyjnie ;p To znaczy w sumie Nekroskop z wakacjami nie ma wiele wspólnego, chyba że z moim pobytem we Włoszech wiele lat temu, kiedy to towarzyszył mi jeden z tomów. A tomów jest sporo, z tego co wiem wyszło chyba 15. Osobiście dotrwałam do 6, a polecam jedynie pierwsze 5, gdyż pozostałe, jak odniosłam wrażenie, są już pisane mocno pod zarabianie kasy. Czyli są grube, i zawierają o wiele mniej ciekawą, ale nadal wciągającą sensacyjno - horrorową papkę.

Czego można się spodziewać? Właściwie wszystkiego. Mamy tragedię rodzinną, paranormalne zdarzenia, szóste, siódme itd. zmysły, tajne wywiady, oczywiście Zimną Wojnę(bo to w końcu lata 70 - te i 80 -te), wampiry i inne potwory, historie miłosne, seks (w sam raz dla 14 letniej dziewczyny, którą wtedy byłam ^^) a na dokładkę - martwego matematyka, który jest największym mentorem głównego bohatera. No i oczywiście Harry'ego K., tytułowego Nekroskopa. Wszystko to ubrane w całkiem składną, i okropnie wciągającą fabułę. Jest ona swoją drogą tak pokręcona, że do tej pory nikt nie próbował sagi zekranizować. I całe szczęście, bo chyba bałabym się to oglądać. Nie dlatego, że jest takie straszne, ale po prostu niektórych rzeczy nie da się przenieść na ekran, i obawiam się, że w tym wypadku zawsze coś byłoby nie tak jak sobie wyobrażałam.

Bardzo się cieszę, że dziesięć lat temu nie istniała saga "Zmierzch". Teraz przynajmniej mogę być dumna, że moim pierwszym fikcyjnym obiektem westchnień był inteligentny, przystojny (w mojej głowie oczywiście), mądry, wrażliwy Harry Keogh, a nie, powiedzmy wprost, patison. Tudzież Edward C. sflaczały, błyszczący od słońca (no proszę ja was, to już była przesada!), pseudo wampir, wyglądający jakby miał nieustanne zatwardzenie.

Swoją drogą pewnie niektórzy chcą wiedzieć, dlaczego tak zacięcie jadę po sadze pani Meyer i jej ekranizacji? (Ci, którzy nie chcą niech przejdą do następnego akapitu ;P) Bo po pierwsze uważam, że zrobiła ona z wampirów pluszowe misie idealne dla dzisiejszej masowej pop kultury. Po drugie, przeczytałam w życiu trochę książek, lepszych i gorszych, ale w życiu nie widziałam takiego lania wody, jaki pani Meyer stosuje. Jak przez pierwszy tom jakoś przebrnęłam, tak nad drugim już prawie zasypiałam, gdy ni z gruszki ni z pietruszki z 50 stron przed końcem męczarni wyskoczyła namiastka ledwo trzymającej się kupy fabuły. Doprawdy nie wiem, jak taki kicz mógł stać się bestsellerem. Widocznie w dzisiejszych czasach najważniejsza jest odpowiednia reklama, a nie talent.

Tak więc pamiętajcie: wampiry to nie maskotki, które można przytulić i pogłaskać. Cały ich czar polegał na tym, że były przerażające i straszne. Nie odbierajmy im tego. Chrońmy ich prawo do bycia potworami! Wyrzućmy "Zmierzch" do kosza, i czytajmy powieści o wampirach z krwi i kości.

Polecam "Nekroskopa". Na lato, na samotne wieczory, na deszcz lub burzę (choć burzę to ja osobiście wolę oglądać) ;P I oby was wesssało ^^

sobota, 30 czerwca 2012

The reason why I fall in love with Paris :)


Child, Julia - "Moje życie we Francji"

Jakieś dwa lata temu moja przyjaciółka obejrzała film "Julie i Julia". Zachwycona kreacją Meryl Streep nie tylko namówiła mnie do obejrzenia filmu, ale także do wynalezienia, kupienia i dostarczenia jej autobiografii Julii Child. Książkę przeczytała w jeden dzień, zakochała się z miejsca, a potem przeczytała znowu... i znowu... i znowu. Gdy spotkałyśmy się ostatni raz przed końcem wakacji, marudziła, że właściwie latem nie przeczytała nic innego poza "Julią". Zmusiłam ją więc do oddania mi książki, świadoma, że jest to jedyny sposób, by uratować przyjaciółkę przed kompletnym uzależnieniem. Przed rozstaniem musiałam jeszcze złożyć obietnicę, że oddam książkę jak najszybciej (co było mało prawdopodobne, bo następne spotkanie miało odbyć się dopiero w okolicach Bożego Narodzenia), oraz że będę na bieżąco zdawać relację z lektury, a także... czytać jej fragmenty przez telefon, jeśli tylko zadzwoni i o to poprosi.

Mimo, iż film mi się bardzo podobał, podeszłam do książki sceptycznie. Głównie dlatego, że odstraszyła mnie moda na książki o gotowaniu oraz na autobiografie (które niedługo będzie "pisał" każdy pierwszy lepszy Rysio z Klanu czy inna Rutowicz). Z początku książka szła mi trochę powoli... ale sceptycyzm szybko zamienił się w zachwyt. Może nie taki jak u przyjaciółki, ale jednak. Musiałam jej przyznać rację, że w "Julii" jest coś, co sprawia, że życie po lekturze choć na pewien czas wydaje się cudowniejsze. Może książka nie podziałała na mnie tak narkotycznie, ale jednak jest wyjątkowa, jak sama główna bohaterka. Najdziwniejsze jest to, że nie potrafię powiedzieć, co jest takiego w książce co wywołuje pozytywne wibracje. Być może humor Julii, a może jej pozytywne podejście do życia?

Na pewno jestem wdzięczna Julii za to, że zmieniła moje zdanie na temat gotowania. Nawet spisałam sobie parę zasad dobrej kucharki:

1. Nie przepraszamy, jeśli jedzenie nie wyszło, tylko zapamiętujemy, co następnym razem trzeba zmienić.

2. Gotowanie sprzyja kontaktom międzyludzkim.

3. Gotowanie przede wszystkim ma sprawiać przyjemność.

Książka... zdecydowanie niezapomniania, a także grozi uzależnieniem ;)

Na koniec dwa cytaty o kocie ;P:

"Mała, szara kotka imieniem Minimouche, córka Minimere, po naszym przyjeździe za każdym razem zaprzyjaźniała się z nami od nowa. Była zdecydowanie typem dachowca, który korzystał z istot ludzkich wyłącznie w zakresie usług gastronomicznych i hotelarskich, mimo to cieszyłam się, że mam jakiekolwiek kocie towarzystwo. Jak mawiała w Paryżu Therese Asche: "Dom bez kota to jak życie bez słońca!" Co rano Minimouche wpadała do domu jak strzała, gdy tylko otwierała się okiennica, i głośnym miauczeniem domagała się śniadania. Pochłaniała jedzenie, miauczała, żeby ją wypuścić, i wybiegała, żeby cały dzień polować na jaszczurki. Wieczorem siadała Paulowi na kolanach, gdy słuchaliśmy radia, a ja robiłam kolacje. Któregoś popołudnia Minimouche przywlokła żywą mysz i tarmosiła ją po całej kuchni. Mysz oczywiście uciekła, a my mieliśmy dramat na miarę polowania na jelenie."

"Któregoś dnia ćwiczyłyśmy z siostrą mówienie po francusku przez telefon, tak aby nikt się nie domyślił, że to my. Dort ścisnęła sobie nos palcami, i bardzo wysokim, piskliwym głosem zaświergoliła:""Oui, oui, J'ECOUTE!""(Tak, słucham!), jak miały to w zwyczaju paryżanki. Minette, która spała na odwróconej doniczce, nagle zerwała się, wskoczyła Dort na kolana i ugryzła ją lekko w dłoń. Zachwyciło nas to, więc i ja spróbowałam - ""Oui, oui, J'ECOUTE!"" - a Mini zareagowała identycznie jak poprzednio, dreszczykiem rozkoszy. To wywołało jeszcze więcej śmiechu, pisków ""J'ECOUTE!"" i miłosnych ukąszeń. Nasze wysokie tony poruszały chyba jakąś tajemną strunę kociej wrażliwości miłosnej."

środa, 30 maja 2012

Zabawa z zapałkami.

Eco, Umberto - "Zapiski na pudełku od zapałek"
Podczas myszkowania w bibliotekach często natykałam się na drobną książkę Umberta Eco "Zapiski na pudełku od zapałek". Jako że z tym panem nigdy nic nie wiadomo, gdyż lubi parać się nie tylko literaturą popularną, ale także ściśle naukową (ci, co mieli wstęp do literaturoznawstwa, lub inną metodologię na studiach humanistycznych na pewno wiedzą o co mi chodzi), trochę bałam się tknąć cokolwiek oznaczone jego nazwiskiem. Słynne "Imię Róży" wprawdzie czytałam, ale było to wieki temu. I choć wspomnienia z tamtej lektury mam dobre, to długo zwlekałam z wypożyczeniem pudełka zapałek. Nie pomagał fakt, że pierwszy tom jest raczej ciężki do zdobycia (a bardzo lubię czytać chronologicznie). W końcu przypomniało mi się, skąd znam tytuł, i dlaczego tak bardzo mnie ta książka kusi. Mój nauczyciel z gimnazjum czytał nam jej fragmenty na lekcjach, ba, po dotarciu do rodziału "Jak korzystać z instrukcji" przypomniały mi się zajęcia, na których w oparciu o ten esej zostaliśmy poproszeni o napisanie instrukcji obsługi jakiegoś przedmiotu codziennego użytku. Było przy tym sporo śmiechu. I tak jest właśnie z "Zapiskami...". Gdy w końcu się za nie wzięłam (a było to w autousie), przedstawiałam zapewne ciekawy widok: dziewczyna ze słuchawkami na uszach wgapiona w cieniutką książkę i ciągle chichocząca pod nosem.
Eco porusza problemy, które każdemu z nas mogą się zdarzyć: co zrobić, gdy ktoś ukradnie Ci prawo jazdy, jak zareagować na osobę, którą skądś znamy, ale nie pamiętamy jej imienia, albo gdzie nie powinno się pić kawy. Nie należy jednak traktować tej książki jako poradnika, gdyż nie znajdziemy w niej jednoznacznych odpowiedzi. Opisywane sytuacje często są wyolbrzymione i wydają się tak niewiarygodne, że aż śmieszne. Jednak w pewnym momencie przychodzi do głowy myśl "kurcze, w sumie koleś ma rację. Życie naprawdę bywa aż tak absurdalne." I... śmiejemy się dalej.
Jestem bardzo zachwycona, i pewna, że nie jest to moja ostatnia przygoda z panem Eco. A już na pewno nie ostatnia dobra zabawa z zapałkami ;) Polecam każdemu, jako lekką lekturę na podróż, nudny wieczór, zły humor... na cokolwiek :)
A na koniec fragment eseju pt. "Jak używać piekielnego dzbanuszka":

"Osobną kategorię stanowi kawa - pomyje. Uzyskuje się ją zazwyczaj ze zbutwiałego jęczmienia, kości trupa i paru ziarenek prawdziwej kawy wymiecionych wraz ze śmieciami w przychodni dla weneryków. Rozpoznaje się ją nieomylnie po woni stóp wymoczonych w wodzie, która pozostała po zmywaniu. Podają ją w więzieniach, zakładach poprawczych, wagonach sypialnych i luksusowych hotelach" *

P. S. Możecie mi wytłumaczyć, dlaczego ciągle myślę, że Umberto Eco otrzymał Nagrodę Nobla z Literatury? Co parę lat uświadamiam sobie, że tak nie jest... po czym prawie od razu o tym zapominam. No cóż, może powinien?

* Umberto Eco, Zapiski na pudełku od zapałek, Wydawnictwo: cholera wie jakie 1993  ;P