Banana, Yoshimoto - "Kuchnia"
Japońska literatura lubi mnie kusić. Egzotycznymi nazwiskami, totalnie nieznaną mi kulturą, no i Murakamim, który robi światową karierę i jest ogólnie świetny. O dziwo jednak, nie po książkę Murakamiego sięgnęłam gdy pierwszy raz postanowiłam zagłębić się w klimaty kraju kwitnącej wiśni. Pierwszą było.... ale o tym kiedy indziej ;P W każdym bądź razie drugim znanym poza Japonią nazwiskiem jest pani Banana. Można się domyślić, że to pseudonim (japońscy artyści lubią pseudonimy), naprawdę nazywa się Mahoko. Podobno jej książki były bardzo popularne w Polsce w latach 90 - tych. Osobiście nie pamiętam, znalazłam ją po prostu w dziale z literaturą japońską w bibliotece.
Anyway, "Kuchnia" zawiera dwa opowiadania; "Kuchnię" oraz "Moonlight Shadow". Oba traktują o śmierci bliskich osób, i czasem dziwnych sposobach radzenia sobie z tym. W pierwszym bohaterka przypomina bezdomnego kota, którego ktoś przygarnia. Ale ona i tak ucieka. Przypomina swoim zachowaniem bardziej małą bezradną dziewczynkę, niż dwudziestokilkuletnią kobietę. Jeśli spodziewamy się odnajdywania radości życia poprzez gotowanie, to źle trafiliśmy. Kuchni w "kuchni" jest niewiele. Opowiadanie odrobinę się ciągnie, choć jest całkiem przyjemne i... szybko ulatuje z pamięci.
Co innego drugie, krótsze "Moonlight Shadow". Wydaje się bardziej sensowne i trzymające się kupy ;P A zarazem poranne bieganie, ze ślicznym mostem, rzeką (mgła!), duchami w tle - no cóż, czysta magia :)
Książka jest lekka i przyjemna, ale odnoszę wrażenie, że skierowana raczej do żeńskiej części ludzkości. No ale cóż, nie jestem facetem. W sam raz na czytanie w miejskiej komunikacji i raczej... do szybkiego zapomnienia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do zapomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do zapomnienia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 października 2012
niedziela, 10 czerwca 2012
Hiszpan w Argentynie
Molina, Antonio Muñoz - "Carlota Fainberg"
Zdarza mi się bawić w "wybierz autora, którego nazwisko nic Ci nie mówi". Jak do tej pory kończyło się to odłożeniem książki po paru stronach. Tym razem miałam ochotę zgłębić trochę literaturę hiszpańską, a że nie znam prawie żadnego współczesnego autora z Hiszpanii, wybrałam cienką (bo co się będę wysilać na początek) "Carlotę Fainberg" Antonio Muñoza Moliny. I... przejechałam się po raz kolejny. To, że w ogóle książkę skończyłam wynikało chyba właśnie z jej objętości. Przez pierwsze 50 stron nic się praktycznie nie dzieje. Potem następuje fragment dotyczący tytułowej bohaterki, i nagle robi się ciekawie... a potem następuje kolejne 40 stron niczego, by prawie pod sam koniec na chwilę wróciła pani Fainberg... po czym znowu następuje nuda i beznadzieja. Właściwie, gdyby wyciąć sceny, w których narrator użala się nad światem, lub spaceruje po Buenos Aires cytując Borgesa(bo najwyrażniej nie ma czym zająć myśli) byłoby z tego całkiem fajne opowiadanie na kilkanaście stron(zamiast 135 <_<). Zapewne autor chciał w ten sposób zbudować napięcie, ale coś mu nie wyszło (przypomina mi się rozdział z "Zapałek" pt. Jak rozpoznać film porno - po tym, że przez większość czasu nic się nie dzieje albo bohaterowie gdzieś jadą - tu było całkiem podobnie, bo gdy Carlota w końcu się pojawia nagle każde słowo zaczyna iskrzyć erotyzmem). Dodatkowo irytują nagminne wtrącenia angielskich słów, przywodzące na myśl sposób mówienia Joanny Krupy. Tak więc książki nie polecam, i jeśli pewnego dnia zaginie, ludzkość nie ucierpi. Być może sięgnę po jakąś inną powieść tego autora, gdyż prawdopodobnie zaczęłam od jednego z najsłabszych jego dzieł. Ale tylko być może.
Zdarza mi się bawić w "wybierz autora, którego nazwisko nic Ci nie mówi". Jak do tej pory kończyło się to odłożeniem książki po paru stronach. Tym razem miałam ochotę zgłębić trochę literaturę hiszpańską, a że nie znam prawie żadnego współczesnego autora z Hiszpanii, wybrałam cienką (bo co się będę wysilać na początek) "Carlotę Fainberg" Antonio Muñoza Moliny. I... przejechałam się po raz kolejny. To, że w ogóle książkę skończyłam wynikało chyba właśnie z jej objętości. Przez pierwsze 50 stron nic się praktycznie nie dzieje. Potem następuje fragment dotyczący tytułowej bohaterki, i nagle robi się ciekawie... a potem następuje kolejne 40 stron niczego, by prawie pod sam koniec na chwilę wróciła pani Fainberg... po czym znowu następuje nuda i beznadzieja. Właściwie, gdyby wyciąć sceny, w których narrator użala się nad światem, lub spaceruje po Buenos Aires cytując Borgesa(bo najwyrażniej nie ma czym zająć myśli) byłoby z tego całkiem fajne opowiadanie na kilkanaście stron(zamiast 135 <_<). Zapewne autor chciał w ten sposób zbudować napięcie, ale coś mu nie wyszło (przypomina mi się rozdział z "Zapałek" pt. Jak rozpoznać film porno - po tym, że przez większość czasu nic się nie dzieje albo bohaterowie gdzieś jadą - tu było całkiem podobnie, bo gdy Carlota w końcu się pojawia nagle każde słowo zaczyna iskrzyć erotyzmem). Dodatkowo irytują nagminne wtrącenia angielskich słów, przywodzące na myśl sposób mówienia Joanny Krupy. Tak więc książki nie polecam, i jeśli pewnego dnia zaginie, ludzkość nie ucierpi. Być może sięgnę po jakąś inną powieść tego autora, gdyż prawdopodobnie zaczęłam od jednego z najsłabszych jego dzieł. Ale tylko być może.
Subskrybuj:
Posty (Atom)