Kundera, Milan - "Żart"
Mam problem z tą książką. Taki mianowicie, że... szybko ulatuje z pamięci. Przyjemnie i szybko się ją czytało, bez zgrzytów i nieprzyjemności, więc niby powinnam ją zaklasyfikować jako niezapomnianą, ale cóż, kiedy ulatuje?
"Żart" opowiada o zemście, którą główny bohater planuje a potem wykonuje na znajomym z partii, przez którego został wydalony ze studiów. Jak się okazuje, plan zostaje wykonany za późno i obraca się przeciwko sprawcy. W międzyczasie poznajemy, poprzez opowieść bohatera, oraz osób z nim związanych, życiorys tego pechowca. Ponieważ w każdym rozdziale narratorem jest kto inny, musimy się domyślać, jakie są jego relacje z Ludwikiem. Nawet podobał mi się ten chwyt literacki, bo budził mój zmysł detektywa, kazał szukać słów - kluczy, które mogłyby wiązać dane osoby. Drażniła mnie natomiast postawa postaci - wszyscy żyli przeszłością, jakby teraźniejszość, ani późniejsze zdarzenia (niektóre na tyle silne, że, wg mnie powinny zachwiać ich systemem wartości) nie miały żadnego wpływu na ich życie. Na dodatek wszyscy są cholernie poważni. Właściwie jedyną barwną osobą w całym dziele jest Łucja - pojawia się i znika w życiu dwóch bohaterów, ale sama nie jest narratorem. Momenty, gdy jak zjawa wynurzała się z natłoku czarno-białych liter, były chyba jedynymi, kiedy naprawdę nie mogłam doczekać się kolejnego zdania. Być może faktycznie miała być to przede wszystkim opowieść o miłości, a nie kpina z komunistycznego systemu? No cóż, nigdy nie byłam dobra w interpretowaniu, poza tym uważam, że każdy ma prawo rozumieć dzieło na swój sposób. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, o czym właściwie jest ta książka, proponuję ją po prostu przeczytać. W gruncie rzeczy była całkiem fajna ;)
Na koniec mały cytacik o życiu ;)
"Wszystkie przełomowe sytuacje w życiu są bezpowrotne. Żeby być pełnym człowiekiem, trzeba przejść przez tą bezpowrotność z całą świadomością. Wypić ją do dna. Bez oszustwa. Bez udawania, że się jej nie widzi."
czwartek, 29 listopada 2012
środa, 14 listopada 2012
O demonach i ich innej miłości ;P
Marquez, Gabriel Garcia - "O miłości i innych demonach"
Ogólnie rzecz biorąc, to zostawiam sobie Marqueza na szeroko rozumiane "kiedyś". Bo go lubię, a nawet bardzo, i zbieram sobie powoli jego książkografię... i tak zbieram i zbieram i nie czytam. Tym bardziej po kolej. Ostatnio jednak poznańskie kino "Muza" puszczało ekranizację powyższej powieści, oraz "Rzecz o mych smutnych dziwkach" w tani czwartek, więc stwierdziłam, a co mi tam i... poleciałam do najbliższej biblioteki by wypożyczyć obie (bo tych o dziwo akurat nie miałam). Z seansu nic nie wyszło, książki nie zdążyłam przeczytać przed czwartkiem i tak, ale przynajmniej motywacja była.
Książka jest podobno kontrowersyjna, ze względu na miłość 12-latki do 36-letniego księdza. W sumie nie wiem o co ten krzyk, skoro się ze sobą nie przespali ;P Bardziej wstrząsnął mną kompletny brak miłości gdziekolwiek indziej. Wszyscy są zapatrzeni w siebie, rodzice dziewczynki zaczynają się nią interesować dopiero, gdy ich reputacja jest zagrożona. Jedynie niewolnicy zdają się przejmować jej losem, na który niestety nie mają większego wpływu. Panuje częste u Marqueza poczucie osamotnienia i braku wzajemnego zrozumienia.
Z wszystkich pobocznych wątków najbardziej podobał mi się fragment o książce bez tytułu, którą główny bohater próbuje znaleźć, i czyta przez to wszystko, co wpadnie mu w ręce. Nie zdradzę jednak jak poszukiwanie się skończyło :P
Sama historia miłosna jest raczej prosta a zakończenie przewidywalne. To tło stanowi wg mnie najważniejszą część książki, i dodaje jej smaku. Jest też jednak smutne a miejscami odrażające, więc ostrzegam, że nie nadaje się dla osób o słabym żołądku. W porównaniu z innymi książkami Gabiego ta plasuje się trochę ponad przeciętną, ale jednak w pewien sposób zapada w pamięć.
Jeszcze na temat filmu. Obrany został z całej brzydoty, skupiając się na romansie dwójki bohaterów(przy czym wiek Siervy Marii nie został podany, a wygląda na ok 15 lat). Historia wypolerowana z wszystkich chropowatości stała się śliczna, cukierkowa, nierealna i... nudna. Nie polecam.
"W owych dniach zapytała go, czy to prawda, że miłość, jak mówiły piosenki, może wszystko.
Prawda - odpowiedział jej - ale dobrze zrobisz, jeśli nie będziesz w to wierzyć."
Ogólnie rzecz biorąc, to zostawiam sobie Marqueza na szeroko rozumiane "kiedyś". Bo go lubię, a nawet bardzo, i zbieram sobie powoli jego książkografię... i tak zbieram i zbieram i nie czytam. Tym bardziej po kolej. Ostatnio jednak poznańskie kino "Muza" puszczało ekranizację powyższej powieści, oraz "Rzecz o mych smutnych dziwkach" w tani czwartek, więc stwierdziłam, a co mi tam i... poleciałam do najbliższej biblioteki by wypożyczyć obie (bo tych o dziwo akurat nie miałam). Z seansu nic nie wyszło, książki nie zdążyłam przeczytać przed czwartkiem i tak, ale przynajmniej motywacja była.
Książka jest podobno kontrowersyjna, ze względu na miłość 12-latki do 36-letniego księdza. W sumie nie wiem o co ten krzyk, skoro się ze sobą nie przespali ;P Bardziej wstrząsnął mną kompletny brak miłości gdziekolwiek indziej. Wszyscy są zapatrzeni w siebie, rodzice dziewczynki zaczynają się nią interesować dopiero, gdy ich reputacja jest zagrożona. Jedynie niewolnicy zdają się przejmować jej losem, na który niestety nie mają większego wpływu. Panuje częste u Marqueza poczucie osamotnienia i braku wzajemnego zrozumienia.
Z wszystkich pobocznych wątków najbardziej podobał mi się fragment o książce bez tytułu, którą główny bohater próbuje znaleźć, i czyta przez to wszystko, co wpadnie mu w ręce. Nie zdradzę jednak jak poszukiwanie się skończyło :P
Sama historia miłosna jest raczej prosta a zakończenie przewidywalne. To tło stanowi wg mnie najważniejszą część książki, i dodaje jej smaku. Jest też jednak smutne a miejscami odrażające, więc ostrzegam, że nie nadaje się dla osób o słabym żołądku. W porównaniu z innymi książkami Gabiego ta plasuje się trochę ponad przeciętną, ale jednak w pewien sposób zapada w pamięć.
Jeszcze na temat filmu. Obrany został z całej brzydoty, skupiając się na romansie dwójki bohaterów(przy czym wiek Siervy Marii nie został podany, a wygląda na ok 15 lat). Historia wypolerowana z wszystkich chropowatości stała się śliczna, cukierkowa, nierealna i... nudna. Nie polecam.
"W owych dniach zapytała go, czy to prawda, że miłość, jak mówiły piosenki, może wszystko.
Prawda - odpowiedział jej - ale dobrze zrobisz, jeśli nie będziesz w to wierzyć."
środa, 31 października 2012
Short stories. Diabeł w Krakowie
Orbitowski, Łukasz - "Nocne życie kpiarzy i szyderców"
Nie pytajcie mnie, skąd to wytrzasnęłam. Dziesięcioletnie zielone poplamione zszyte zszywaczem kartki, opowiadanie wydrukowane własną drukarką. Nie wiem kto polecił, czy może sama znalazłam? Dawno to było i nieprawda.
Zaczyna się od przemyśleń, o tym, że marzenia starzeją się wolniej niż ludzie. I coś w tym pewnie jest. Potem zamienia w myślociąg, jedno skojarzenie za drugim, w opowieść o grupce kumpli, którzy razem szwendają się po krakowskich knajpach. Zatapiamy się w mrocznej stronie miasta, niedostępnej dla przeciętnego przyjezdnego. Przypominałoby to trochę klimat z filmu "Chłopaki nie płaczą", zwłaszcza jeśli chodzi o dialogi, gdyby nie magiczny aspekt opowiadania - knajpa, którą prowadzi barman - Szatan, taka, którą można znaleźć tylko wtedy, gdy się jest "zlanym jak zwierze".
Jest mroczne, wciągające i... za krótkie. No i cóż, poleciłabym do przeczytania, jest tylko mały problem - bardzo ciężko dostać. Zdaje się, że było wydrukowane raz w jakimś czasopiśmie, wieki temu*. Naprawdę nie wiem skąd je mam. Ale skoro przez 10 lat nie wyszło mi z głowy, a tytuł pałętał się po zakurzonych kątach mojego mózgu, aż zmusił do wyciągnięcia i przeczytania po raz kolejny, to znaczy, że warto poszukać. To na pewno nie koniec przygód z panem Orbitowskim, następnym razem postaram się jednak wybrać bardziej dostępne dzieło :)
" - A co miałem napisać?
- Może prawdę?
- Prawda jest prosta stary. Kocham, tęsknię, czuję się samotny. Łapię uciekającą młodość jak świętą wodę, a one sruu, przez paluchy i w błoto."
*Czasopismo ARTyleria, nr 2(3) 2002r.
Nie pytajcie mnie, skąd to wytrzasnęłam. Dziesięcioletnie zielone poplamione zszyte zszywaczem kartki, opowiadanie wydrukowane własną drukarką. Nie wiem kto polecił, czy może sama znalazłam? Dawno to było i nieprawda.
Zaczyna się od przemyśleń, o tym, że marzenia starzeją się wolniej niż ludzie. I coś w tym pewnie jest. Potem zamienia w myślociąg, jedno skojarzenie za drugim, w opowieść o grupce kumpli, którzy razem szwendają się po krakowskich knajpach. Zatapiamy się w mrocznej stronie miasta, niedostępnej dla przeciętnego przyjezdnego. Przypominałoby to trochę klimat z filmu "Chłopaki nie płaczą", zwłaszcza jeśli chodzi o dialogi, gdyby nie magiczny aspekt opowiadania - knajpa, którą prowadzi barman - Szatan, taka, którą można znaleźć tylko wtedy, gdy się jest "zlanym jak zwierze".
Jest mroczne, wciągające i... za krótkie. No i cóż, poleciłabym do przeczytania, jest tylko mały problem - bardzo ciężko dostać. Zdaje się, że było wydrukowane raz w jakimś czasopiśmie, wieki temu*. Naprawdę nie wiem skąd je mam. Ale skoro przez 10 lat nie wyszło mi z głowy, a tytuł pałętał się po zakurzonych kątach mojego mózgu, aż zmusił do wyciągnięcia i przeczytania po raz kolejny, to znaczy, że warto poszukać. To na pewno nie koniec przygód z panem Orbitowskim, następnym razem postaram się jednak wybrać bardziej dostępne dzieło :)
" - A co miałem napisać?
- Może prawdę?
- Prawda jest prosta stary. Kocham, tęsknię, czuję się samotny. Łapię uciekającą młodość jak świętą wodę, a one sruu, przez paluchy i w błoto."
*Czasopismo ARTyleria, nr 2(3) 2002r.
sobota, 27 października 2012
Zaczarowane banany
Banana, Yoshimoto - "Kuchnia"
Japońska literatura lubi mnie kusić. Egzotycznymi nazwiskami, totalnie nieznaną mi kulturą, no i Murakamim, który robi światową karierę i jest ogólnie świetny. O dziwo jednak, nie po książkę Murakamiego sięgnęłam gdy pierwszy raz postanowiłam zagłębić się w klimaty kraju kwitnącej wiśni. Pierwszą było.... ale o tym kiedy indziej ;P W każdym bądź razie drugim znanym poza Japonią nazwiskiem jest pani Banana. Można się domyślić, że to pseudonim (japońscy artyści lubią pseudonimy), naprawdę nazywa się Mahoko. Podobno jej książki były bardzo popularne w Polsce w latach 90 - tych. Osobiście nie pamiętam, znalazłam ją po prostu w dziale z literaturą japońską w bibliotece.
Anyway, "Kuchnia" zawiera dwa opowiadania; "Kuchnię" oraz "Moonlight Shadow". Oba traktują o śmierci bliskich osób, i czasem dziwnych sposobach radzenia sobie z tym. W pierwszym bohaterka przypomina bezdomnego kota, którego ktoś przygarnia. Ale ona i tak ucieka. Przypomina swoim zachowaniem bardziej małą bezradną dziewczynkę, niż dwudziestokilkuletnią kobietę. Jeśli spodziewamy się odnajdywania radości życia poprzez gotowanie, to źle trafiliśmy. Kuchni w "kuchni" jest niewiele. Opowiadanie odrobinę się ciągnie, choć jest całkiem przyjemne i... szybko ulatuje z pamięci.
Co innego drugie, krótsze "Moonlight Shadow". Wydaje się bardziej sensowne i trzymające się kupy ;P A zarazem poranne bieganie, ze ślicznym mostem, rzeką (mgła!), duchami w tle - no cóż, czysta magia :)
Książka jest lekka i przyjemna, ale odnoszę wrażenie, że skierowana raczej do żeńskiej części ludzkości. No ale cóż, nie jestem facetem. W sam raz na czytanie w miejskiej komunikacji i raczej... do szybkiego zapomnienia.
Japońska literatura lubi mnie kusić. Egzotycznymi nazwiskami, totalnie nieznaną mi kulturą, no i Murakamim, który robi światową karierę i jest ogólnie świetny. O dziwo jednak, nie po książkę Murakamiego sięgnęłam gdy pierwszy raz postanowiłam zagłębić się w klimaty kraju kwitnącej wiśni. Pierwszą było.... ale o tym kiedy indziej ;P W każdym bądź razie drugim znanym poza Japonią nazwiskiem jest pani Banana. Można się domyślić, że to pseudonim (japońscy artyści lubią pseudonimy), naprawdę nazywa się Mahoko. Podobno jej książki były bardzo popularne w Polsce w latach 90 - tych. Osobiście nie pamiętam, znalazłam ją po prostu w dziale z literaturą japońską w bibliotece.
Anyway, "Kuchnia" zawiera dwa opowiadania; "Kuchnię" oraz "Moonlight Shadow". Oba traktują o śmierci bliskich osób, i czasem dziwnych sposobach radzenia sobie z tym. W pierwszym bohaterka przypomina bezdomnego kota, którego ktoś przygarnia. Ale ona i tak ucieka. Przypomina swoim zachowaniem bardziej małą bezradną dziewczynkę, niż dwudziestokilkuletnią kobietę. Jeśli spodziewamy się odnajdywania radości życia poprzez gotowanie, to źle trafiliśmy. Kuchni w "kuchni" jest niewiele. Opowiadanie odrobinę się ciągnie, choć jest całkiem przyjemne i... szybko ulatuje z pamięci.
Co innego drugie, krótsze "Moonlight Shadow". Wydaje się bardziej sensowne i trzymające się kupy ;P A zarazem poranne bieganie, ze ślicznym mostem, rzeką (mgła!), duchami w tle - no cóż, czysta magia :)
Książka jest lekka i przyjemna, ale odnoszę wrażenie, że skierowana raczej do żeńskiej części ludzkości. No ale cóż, nie jestem facetem. W sam raz na czytanie w miejskiej komunikacji i raczej... do szybkiego zapomnienia.
środa, 3 października 2012
Short stories. Szczęśliwe życie bez miłości.
Mann, Thomas - "Mały pan Friedemann"
Kolejne opowiadanie Manna przedstawia w zwięzły sposób krótkie, i raczej mało burzliwe życie tytułowego bohatera. Rozumiem, że nie każda historia musi być nadzwyczajna, ale ta jest akurat bardzo, ale to bardzo prosta i... przewidywalna. Już sam fakt, że nie przeczytałam 20-stronicowego opowiadania jednym tchem o czymś świadczy. Innymi słowy, szału nie robi, a na dodatek ledwo nadaje się na przystawkę do obiadu. Do tego mam wrażenie, że Mann ma bardzo negatywne podejście do miłości, jako uczucia destruktywnego i nie dającego szczęścia. A z drugiej strony uczucia, które powoduje, że całe dotychczasowe życie wydaje się nieistotne i nudne, nawet jeśli było się szczęśliwym. No cóż, ale nie wszystkie dzieła muszą być od razu wspaniałe, tym bardziej te początkowe, gdy styl dopiero się kształtuje. Dzisiaj chyba jednak Tomasz zostaje na biurku, a ja sięgnę po bardziej mroźne, transsyberyjskie klimaty.
Kolejne opowiadanie Manna przedstawia w zwięzły sposób krótkie, i raczej mało burzliwe życie tytułowego bohatera. Rozumiem, że nie każda historia musi być nadzwyczajna, ale ta jest akurat bardzo, ale to bardzo prosta i... przewidywalna. Już sam fakt, że nie przeczytałam 20-stronicowego opowiadania jednym tchem o czymś świadczy. Innymi słowy, szału nie robi, a na dodatek ledwo nadaje się na przystawkę do obiadu. Do tego mam wrażenie, że Mann ma bardzo negatywne podejście do miłości, jako uczucia destruktywnego i nie dającego szczęścia. A z drugiej strony uczucia, które powoduje, że całe dotychczasowe życie wydaje się nieistotne i nudne, nawet jeśli było się szczęśliwym. No cóż, ale nie wszystkie dzieła muszą być od razu wspaniałe, tym bardziej te początkowe, gdy styl dopiero się kształtuje. Dzisiaj chyba jednak Tomasz zostaje na biurku, a ja sięgnę po bardziej mroźne, transsyberyjskie klimaty.
środa, 26 września 2012
Short stories. All for money.
Mann, Thomas - "Upadła"
Czego można się spodziewać po jednym z pierwszych opowiadań przyszłego noblisty? Na pewno nie tego, na co wskazuje parę pierwszych stron - czyli pięknej opowieści o miłości. Bo, jak sam autor zauważa, "cała ta historia stałaby się nudna", gdyby zakończenie było łatwe do przewidzenia. I choć tytuł nam je troszkę podpowiada, i tak warto przeczytać. Dla stylu, dla oryginalnego, ironicznego spojrzenia na świat, i, choćby, żeby się trochę pośmiać.
Myślę, że to początek ciekawej znajomości, i że się nie zawiodę. W końcu pan Mann musi być zajebisty, skoro nie zapomniano o nim (jak to się wielu, nawet noblistom, zdarzyło) i jest wciąż czytany. Więc wybaczcie, że tak krótko(miało być "short" w końcu ;-) ) ale w łóżku czeka na mnie Tomasz M. ^_^
Czego można się spodziewać po jednym z pierwszych opowiadań przyszłego noblisty? Na pewno nie tego, na co wskazuje parę pierwszych stron - czyli pięknej opowieści o miłości. Bo, jak sam autor zauważa, "cała ta historia stałaby się nudna", gdyby zakończenie było łatwe do przewidzenia. I choć tytuł nam je troszkę podpowiada, i tak warto przeczytać. Dla stylu, dla oryginalnego, ironicznego spojrzenia na świat, i, choćby, żeby się trochę pośmiać.
Myślę, że to początek ciekawej znajomości, i że się nie zawiodę. W końcu pan Mann musi być zajebisty, skoro nie zapomniano o nim (jak to się wielu, nawet noblistom, zdarzyło) i jest wciąż czytany. Więc wybaczcie, że tak krótko(miało być "short" w końcu ;-) ) ale w łóżku czeka na mnie Tomasz M. ^_^
niedziela, 23 września 2012
Short stories
Witajcie wszyscy czytający!
Zdaję sobie sprawę, że moje posty pojawiają się raczej rzadko. No cóż minęły wakacje, zrobiło się zimno, a to sprzyja siedzeniu w domu nad książkami. Niestety, niektóre książki po lecie przybrały na wadze ("Lód" Dukaja na przykład musi mieć sadełko, bo inaczej nie przetrwałaby tego całego zimna, które zawiera ;) ) co wydłuża wasz czas czekania na posty. W między czasie więc postanowiłam wziąć się za opowiadania różniaste. Tak więc rozpoczynam serię pt. "Short stories". W najbliższym czasie na pewno możecie się spodziewać sporo Thomasa Manna, bo choć jego opowiadania stanowią jedną sporą księgę, to wiele z nich wymaga osobnego, specjalnego traktowania.
Z innych spraw, mam nadzieję, że podoba wam się nowy wygląd mojego bloga. Być może zaniedługo, dzięki pomocy przyjaciela, zmieni się tło na bardziej swojskie (a dokładnie, z moją książką, kubkiem i pewnie paroma innymi przedmiotami). Niestety google ma bardzo dziwne wymagania jeśli chodzi o zdjęcia, więc nie wiem co z tego wyjdzie.
A tymczasem,
Live long and prosper, and meet a lot of good books \\// ;)
Zdaję sobie sprawę, że moje posty pojawiają się raczej rzadko. No cóż minęły wakacje, zrobiło się zimno, a to sprzyja siedzeniu w domu nad książkami. Niestety, niektóre książki po lecie przybrały na wadze ("Lód" Dukaja na przykład musi mieć sadełko, bo inaczej nie przetrwałaby tego całego zimna, które zawiera ;) ) co wydłuża wasz czas czekania na posty. W między czasie więc postanowiłam wziąć się za opowiadania różniaste. Tak więc rozpoczynam serię pt. "Short stories". W najbliższym czasie na pewno możecie się spodziewać sporo Thomasa Manna, bo choć jego opowiadania stanowią jedną sporą księgę, to wiele z nich wymaga osobnego, specjalnego traktowania.
Z innych spraw, mam nadzieję, że podoba wam się nowy wygląd mojego bloga. Być może zaniedługo, dzięki pomocy przyjaciela, zmieni się tło na bardziej swojskie (a dokładnie, z moją książką, kubkiem i pewnie paroma innymi przedmiotami). Niestety google ma bardzo dziwne wymagania jeśli chodzi o zdjęcia, więc nie wiem co z tego wyjdzie.
A tymczasem,
Live long and prosper, and meet a lot of good books \\// ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)