czwartek, 11 lipca 2013

Nawałnica Mieczy part 2

George R. R. Martin - "Nawałnica mieczy: Krew i Złoto"

...czyli część druga, bo Martin się zapędził, i powstało mu takie tomisko, które trzeba było podzielić na dwa... zaledwie sześćset stronnicowe ;) Co dziwniejsze, Taniec smoków w wersji oryginalnej, nawet kieszonkowej, uparcie upychają w jeden, prawie 1200 - stronnicowy wolumin. Choć podział to pewnie też kwestia czasu - w Polsce od razu zwęszyli, że wydawnictwu (acz czytelnikowi niekoniecznie) bardziej się to opłaca ;)
W drugim tomie, jak się pewnie widzowie serialu zdążyli dowiedzieć, faktycznie jest dużo krwi i złota - czyli Lannisterów, bo czerwień to ich kolor rodowy, a złoto... no cóż, tu chyba tłumaczyć nie muszę. Fabuła serialu kończy się gdzieś w 2/3 drugiego tomu, więc możecie sobie wyobrazić moje oburzenie, gdy byłam w 1/3, oglądałam 3 odcinek 3 sezonu i trafiłam na spoilery. Postanowiłam więc poczekać, i ze spokojem dokończyć książkę. Nawet nie wiecie, jaką radochę sprawiła mi ostatnia 1/3 ;P Gdy miałam już świadomość, że czytam to, czego nie wie połowa świata, i na dodatek robi się szatańsko ciekawie. Nic więc dziwnego, że pochłonęłam tom w rekordowym czasie (jak na książkę po ang czytaną głównie podczas podróży) mniej niż miesiąca. Powiedziałabym nawet, że jest to najlepsza część... ale nie powiem, bo przede mną jeszcze jakieś 2tys. stron, a poza tym, nawet jeśli poprzednie nie były tak wciągające, to na pewno także były świetne.
Jakieś wnioski? No cóż, okazuje się, że cyfra siedem niekoniecznie przynosi szczęście, Tywin Lannister nie sra złotem, prawdę każdy ma swoją, właściwe każdy ma ich pięć (everybody lies ;)), a najbardziej zyskują ci, którzy udają, że ich nie ma.
Ostatnio zaczął krążyć po sieci obrazek z inną wersją Tronu. Mnie osobiście podoba się bardziej, niż serialowy, no i przynajmniej ten na pewno składa się z 1000 mieczy ;)
Teraz pozostaje jedynie pytanie: sięgnąć po "Ucztę dla wron" teraz, czy znowu zabierać się za to na ostatnią chwilę? Na moich półkach niestety pełno jest patrzących na mnie tęsknie książek, i wszystko zależy od tego, która z nich będzie patrzeć najintensywniej. Obawiam się jednak, że już tęsknię za Westerosem.
Na koniec, pytanie do was: którą z pozycji mam opisać za tydzień:
- "Horror Show" Ł. Orbitowskiego
- "Kot i mysz" G. Grassa
- Trylogię "Igrzyska Śmierci" S. Collins?


czwartek, 4 lipca 2013

Jeepem po Ameryce.



Halik, Tony - "180 000 kilometrów przygody"

Swego czasu w czytanym przeze mnie namiętnie National Geographic (tak namiętnie, że jestem "tylko" 6 numerów w plecy, ale prenumerata jest, czekają na mnie cierpliwie, i to się liczy ;) ) pojawiały się artykuły o słynnych XX wiecznych podróżnikach. Zabrzmiało to prawie jakbym mówiła o Magellanie czy innym Bartolomeo Diazie... no cóż, może ci współcześni nie są aż tak znani, co nie znaczy, że nie dokonali równie ważnych odkryć.

Pana Halika większość z nas powinno kojarzyć z dzieciństwa, kiedy w TVP puszczane były jego programy, realizowane z Elżbietą Dzikowską. Bo ja właśnie... jedynie kojarzę. Przyznam się szczerze, że "Pieprz i wanilia" mignął mi parę razy przed oczami, ale nigdy nie zatrzymał ich na dłużej. A nawet jeśli, to wszystko wywietrzało mi już z pamięci.

Gdy dowiedziałam się, że Tony Halik wraz ze swoją ówczesną żoną i psem w ciągu dwóch lat przejechali jeepem obie Ameryki, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. I, oczywiście, gdy tylko nadarzyła się okazja, zaopatrzyłam się w jedną z książek opisujących tą wyprawę.

Muszę przyznać, że artykuł¹ narobił mi dużo smaku. Więc gdy w końcu zabrałam się za jedzenie, troszkę się zawiodłam. Nie dlatego, że książka była zła. Po prostu... zawierała w większości opisy i historię miejsc oraz ludzi, których Halikowie napotkali na swojej drodze, zamiast oczekiwanych przeze mnie przygód. Ale, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, muszę przyznać, że Tony zrobił na mnie wyborne wrażenie, zarówno jako pisarz, jak i poszukiwacz przygód - dzięki swojej sile przekonywania, dobroduszności i uporowi wiele razy udawało mu się dotrzeć tam, gdzie żaden inny biały człowiek nie dotarł (a może po części i dlatego właśnie, że był biały ;) ) i poznać wyjątkowe i ciekawe historie.

Kolejny zawód czekał na mnie na samym końcu - otóż Halikowie docierają do Acapulco i... hasta la vista, czytelniku! A przecież ledwo minęła połowa podróży! Co to ma być, ja się pytam? Zaczynam przeglądać napisy końcowe, a tam jakaś redakcja, jakiś wybór tekstów... fajnie... do tej pory nie wiem, kto z nich zjadł całą Amerykę Północną. Będę musiała w tej kwestii poradzić się pewnie Wujka Google. Smacznego, w każdym bądź razie ;)


"Dałem mu 10 tys. bolivianos. Popatrzył na mnie, potem zwrócił mi 2000 i długo przetrząsał swój
brudny woreczek ukryty pod ponczem. Jednocześnie zdawał się liczyć w pamięci, pomagając sobie palcami.W końcu zwrócił mi 4600 bolivianos.

- Ależ nie, to dla ciebie, weź te pieniądze.

- Nie, od przyjaciół nie bierze się napiwku, ja tam lubię czyste rachunki. Policzę ci 5 tys. za auto, 200 za twoją kobietę, 200 za psa, a ty za darmo, tobie nic nie liczę. Razem wyszło 5,4 tys. Umiem liczyć, chodziłem do szkoły!

- Ale jak to się stało, że jednak się wziąłeś za robotę, skoro koka nie miała smaku?

- Nie straciła smaku. Myśmy tylko chcieli kupić wódkę, a was zabraliśmy przy okazji. Dlatego koka nie straciła smaku. Bo kiedy się płynie po dobrą cziczę, to koka nie traci smaku, oj, nie!"




¹ National Geographic, nr 11(110), 2008r.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Ernest and I.

Hemingway, Ernest- "49 opowiadań"

Będzie trochę nie po kolei, bo po drodze (dosłownie, do pracy i z powrotem) zdążyłam wciągnąć już 3 książki (czy więcej?), ale ze znalezieniem chwili czasu na napisanie posta jest o wiele gorzej. O moim romansie z Ernestem pewnie niektórzy wiedzą ze zdjęcia na facebooku ;) Ale to raczej trudny związek. Zaczął się wiele lat temu i bardzo szybko skończył (zdaję się po 50 stronach). Na zasadzie skojarzeń, Kult - Komu bije dzwon - podobno była taka książka, o wojnie domowej w Hiszpanii, oooo, trzeba odwiedzić bibliotekę... a potem wielkie rozczarowanie i przysypanie nad kolejnymi stronami, aż w końcu rozstanie bez oglądania się za siebie. I taka konkluzja, no cóż, życie Hemingwaya było chyba o wiele ciekawsze niż jego książki. Ale niedawno moja zaufana osoba zwróciła mi uwagę, że może podeszłam do Ernesta od złej strony? Może spodziewałam się pościgów, wybuchów, a dostałam pokitraną po lasach partyzantkę i rozważania nad sensem życia? Anyway...
Hemingway podejście drugie to właśnie opowiadania. Z wielkim sceptycyzmem, bo język prosty, bo ciągle się powtarza, bo opisuje takie... nudne, zwykłe zdarzenia. A potem olśnienie, że to jest właśnie jego urok. Tak oto nagle zaczęłam łowić ryby, jeść chleb z cebulą, weszłam za trybuny corridy, poczułam strach przed śmiercią i świadomością, że zmarnowałam życie ("Śniegi Kilimandżaro" na szczęście były drugie w kolejce, bo inaczej boję się, że bym się poddała) i prawie poczułam zapach frontu wojennego. A tymczasem Ernest przesiadywał ze mną pod akacjami, pijąc latte z malibu i podziwiając oberwanie chmury nad Wartą (wyprosili nas, gdy zerwał się zbyt mocny wiatr, ech, a było tak przyjemnie), czy podróżował pociągiem.
Było przyjemnie. Już czeka na mnie "Stary człowiek i morze", przeklinana przez wielu lektura szkolna, na którą ja jakoś nie miałam okazji trafić. Może to i lepiej. Po czterdziestu dziewięciu mam inne podejście, i myślę, że bez problemu wciągnę i pięćdziesiąte opowiadanie. Czy tam nowelę. Swoją drogą, to okropne, że każą ludziom w tak młodym wieku i zupełnie bez przygotowania czytać Hemingwaya. Do niektórych rzeczy chyba trzeba dorosnąć. No i nie zaczynać od dupy strony ;P

A z innej beczki. Zaczęły mi się wakacje. Postawiłam sobie za jeden z priorytetów, przeczytać jedną książkę tygodniowo, a co za tym idzie, pisać posty w tej samej częstotliwości. I w ogóle pisać. Duuużo. Możecie za mnie trzymać kciuki. Ale możecie też zrobić coś więcej. Odezwać się czasem i mnie pogonić, lub... opowiedzieć jakąś ciekawą historię. Bo jestem głodna, pisania, słuchania, czytania, Świata!

P. S. Dzisiaj pykło mi tysiąc wyświetleń. Po roku! Trochę słabo, ale dziękuję i tak :P

"Zapachu pola bitwy w upale nie sposób zapamiętać. Pamięta się, że był taki zapach, ale nigdy nam się nie zdarza nic takiego, co mogłoby go przypomnieć. Nie jest podobny do woni pułku, która nagle może nam wrócić na pamięć, kiedy jedziemy tramwajem - i wtedy podnosimy wzrok i widzimy człowieka, który nam ją przynosi. Natomiast tamto zanika tak całkowicie jak przeżycie miłosne; pamiętamy rzeczy, które się zdarzyły, ale samego doznania nie sposób sobie przypomnieć."

środa, 22 maja 2013

Cloud burst in California.

Steinbeck, John - "Autobus do San Juan"

Wieki temu z lubością przeczytałam "Tortilla Flat", które teraz w mojej pamięci widneje jako "krótka historia kilku żuli". Tak też przedstawiałam ją znajomym, dzięki czemu zrobiła małą furorę w liceum. Potem w ręce wpadła mi angielska wersja "Myszy i ludzi", ale jakoś ani ludzie, ani myszy nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Niedawno w jedynej bibliotece, która mnie jeszcze nie wyklęła za przetrzymywanie książek natknęłam się na "Autobus..." i, jako że Steinbeck jest do tej pory chyba jedynym amerykańskim pisarzem (nie liczę pisarzy fantasy... no może poza Kingiem), który nie wzbudził we mnie negatywnych emocji, wylądował u mnie na półce. Wzięłam się za niego po jakichś 3 miesiącach(czyli jak na mnie całkiem szybko), i gdy byłam gdzieś w połowie, moja mama została zapytana, kiedy oddam książki. Ja się pytam, co się dzieje? O przykrej historii płacenia raczej niefajnie sporej kary u Raczyńskich za półroczne trzymanie dwóch książek nawet nie chce mi się wspominać. Dość, że na razie po oddaniu wszystkiego co miałam zrezygnowałam z wizyt w którejkolwiek filii na czas długi/nieokreślony/nigdy. Moim sprzymierzeńcem (ale mojego portfela już niekoniecznie) pozostało  więc allegro, no i ww biblioteka w mieście rodzinnym.
"Autobus..." wydał mi się lekko stereotypowy, zwłaszcza, że większość facetów w nim występujących, choć tak różnych od siebie, właściwie... myśli penisem :P Kobiety już ciężej upchnąć w jedną ramkę - jedna chce Clarka Gable, druga zatrzymać męża, trzecia świętego spokoju, czwarta - wolności, piąta... władzy. W gruncie rzeczy oglądamy różne typy relacji mężczyzna-kobieta, mężczyzna-mężczyzna, kobieta-kobieta, oraz zmiany w ich psychice podczas sytuacji ekstremalnej. Wychodzi to całkiem ciekawie, i nie powiem, żebym się podczas lektury nudziła. Do tego dochodzą wyjątkowo przyjemne i oddziałujące na wszystkie zmysły opisy krajobrazu Kalifornii podczas i tuż po burzy. Na tym właśnie polega prostota Steinbeckowskiej prozy - porusza problemy zwykłych, przeciętnych ludzi i owija w zapachy i obrazy które zna każdy z nas. Nie jest źle, choć mam wrażenie, że fabuła i tym razem szybko wywietrzeje z mojej głowy.

Na koniec, przemyślenia autora nt odwiecznej zagadki, po co kobiety chodzą grupami do toalety :P :

"Najlepiej podsłuchiwało się w damskich toaletach. Od dłuższego czasu interesowała ją swoboda, z jaką zachowują się kobiety w każdym pomieszczeniu, gdzie jest toaleta, lustro i umywalka. Kiedyś w college'u napisała rozprawę, uznaną za bardzo odważną, w której utrzymywała, że kobiety pozbywają się wszelkich hamulców, gdy tylko pociągną w górę spódnicę.
Wynika to z tego właśnie, pomyślała, albo z pewności, że żaden mężczyzna, czyli wróg, nie wtargnie na to terytorium. Jest to jedyne miejsce na ziemi, gdzie kobiety mogą być pewne, że nie spotkają żadnych mężczyzn. Więc rozluźniają się psychicznie i stają się otwarte nawet wobec tych kobiet, wobec których zwykle zachowują się z rezerwą. [...] W publicznych toaletach kobiety bywają względem siebie bardziej przyjacielskie lub bardziej zjadliwe, ale zawsze bardzo niedyskretne. Może dlatego, że nie ma tam mężczyzn. A tam, gdzie nie ma mężczyzn, nie ma współzawodnictwa i niepotrzebne są żadne pozy."


niedziela, 28 kwietnia 2013

Nawałnica mieczy.

Martin, George R. R. - "Pieśń Lodu i Ognia"

Od razu mówię, że za przerwę w pisaniu przeprosin nie usłyszycie. Mogę się jedynie wytłumaczyć, że w moim życiu nagle zaczęło się dziać za dużo i za szybko i najzwyczajniej na świecie nie miałam czasu na czytanie, a co dopiero mówić o pisaniu recenzji. Z tej samej okazji niestety na razie posty będą się pojawiać o wiele rzadziej.

Tym razem będzie ogólnie o sadze Martina, gdyż dziwnie tak zaczynać recenzję od trzeciego tomu, poza tym dla mnie to jedna całość, jak Nekroskop, Diuna czy Harry Potter. Wiadomo, że są gorsze i lepsze tomy, ale przecież nie pomija się czytania "Zakonu Feniksa" bo jest słaby, skoro jest częścią sagi. 
Pamiętam, w poprzednim życiu jeszcze, jak znajomi nagle zaczęli się jarać tym, że jest kręcony jakiś super serial na podstawie super książek fantasy, których do tej pory żaden z nich nie czytał. Zostałam zasypana filmikami z planu - najbardziej utkwił mi w głowie fragment z dwójką blondwłosego rodzeństwa rozmawiającą o smokach i tym, że muszą odzyskać swój tron. Nooo, skoro są smoki, to moje zainteresowanie nagle wzrasta około 66 - krotnie. I tak zaczęło się szaleństwo, czyli zakupiłam śliczny, drogi jak cholera pierwszy tom z serialowym Nedem Starkiem zasiadającym na Tronie z mieczy i łypiącym groźnie na każdego, kto śmie po niego sięgnąć. Nieustraszona, wzięłam książkę od razu w obroty i... zaczęłam na niej przysypiać. Męczyłam ją grubo ponad miesiąc, licząc strony do kolejnej Aryi albo Tyriona, bo ich perypetie akurat wydały mi się najbardziej wciągające. Na szczęście udało mi się dotrzeć do śmierci Neda tuż przed pojawieniem się odcinka, więc szok, jaki wywołało to zdarzenie wśród Amerykanów, nie stał się moim udziałem ;)
Mogłam odłożyć książkę, pójść na łatwiznę i po prostu dać się porwać serialowi. Mogłam, ale nie zrobiłam tego gdyż byłam zachwycona. Różnorodnością postaci, krain, wielowątkowością, i tym, że każdy rozdział wyglądał inaczej, przedstawiał zupełnie inny świat z perspektywy kompletnie różnych osób. Tak na przykład przy Sansie było dużo opisów strojów, wokół Aryi ciągle działo się dużo ważnych, choć dla reszty świata błahych spraw, a Tyrion zabawiał mnie inteligentnymi żartami. Z jednej strony mamy Daenerys, gotującą się w żarze zamorskich krain, z drugiej zamarzającego na kość Jona czy Sama. W poźniejszych tomach pojawili się także... no właśnie, tu zaczyna się problem, bo moje szaleństwo poszło na tyle daleko, że następne tomy postanowiłam czytać po angielsku. Chodzi mi o Wolnych Ludzi zza muru, tudzież wildlings, jak zwą ich ludzie "z Południa". I o to, co bardzo mi się spodobało, czyli dialekty. To, że prosty człowiek mówi prostym językiem, a wyższe sfery pokręconym i wyszukanym, byle jak najbardziej zwieść rozmówcę i ukryć swoje intencje.
Więc co z tego, że książka odrobinę się ciągnie, skoro jest tak wielobarwna, i na swój sposób bardzo wciągająca i fascynująca? Fakt, trzeba mieć do niej cierpliwość. Dla niecierpliwych polecam gorąco serial, który wprawdzie powoli zaczyna odbiegać nieco od fabuły książki, ale i tak wg mnie jest nakręcony świetnie.
Na koniec, pewnie się zastanawiacie, co mnie skłoniło do nabycia angielskiej wersji? Po pierwsze, cena!  To wstyd i hańba, że oryginał w wersji kieszonkowej można dostać za marne 30zł w empiku, a polskie wydanie 15zł drożej! Rozumiem, że za tłumaczenie, że prawa autorskie... ale pewnie za jeden egzemplarz wychodzi jakaś złotówka, dwa, a gdzie podziewa się reszta? Po drugie mój wybór przypieczętowało przeczytanie tłumaczenia wierszyka, widocznego poniżej na zdjęciu. Sama, w 5 minut skleciłam lepsze, i jedynym minusem był brak rymów. A po trzecie... oryginał naprawdę wymiata, i przynajmniej na nim nie przysypiam ;) Tak więc miłego czytania/oglądania, ja tymczasem znikam na spacer, bo ładna pogoda dziś, a ja o dziwo mam wolne.



sobota, 23 lutego 2013

Porządek panuje w Stambule.


Pamuk, Orhan - "Cevdet Bej i synowie"

Kto by pomyślał, Turcy też potrafią pisać ;) Oczywiście, że potrafią. Mało z tego wszystkiego jednak dociera do nas, mimo, że mieszkamy tak blisko. A jednocześnie tak daleko... bo przecież Turcja to inny świat, jacyś arabowie, muzułmanie... trochę jak Egipt, nadaje się jedynie na letnie wakacje (choć Egipt ostatnio nie nadaje się nawet na to). I nie można tam alkoholu kupić!

Zastanówmy się, czy wielu z nas tak nie myśli? I w ogóle, po co ta Turcja chce się przyłączać do UE? No więc wyobraźcie sobie, tak na początek, że w Turcji też bywa zimno...

I oto lądujemy w Stambule, na początku XX wieku. Brat tytułowego bohatera, buntownik, wraca po latach z Paryża. Na łożu śmierci próbuje w Cevdecie obudzić demokratę, lecz ten woli być kupcem i umywa ręce od jakiejkolwiek zabawy w politykę. Właśnie się żeni, planuje kupić dom w najlepszej dzielnicy miasta - Nişantaşı. I tu, że tak powiem, film się urywa, a my przenosimy się w czasie o 30 lat. Obserwujemy, jak synowie Cevdeta oraz ich znajomi, pod wpływem europejskiej kultury po prostu głupieją. A także jak Stambuł i Turcja powoli próbują dorosnąć do demokracji.

Pamuk jest kolejnym z pisarzy, z którymi, mam nadzieję, spędzę dużo czasu. Ale ale są dwa ;) Przynajmniej jeśli chodzi o jego pierwszą powieść. Po pierwsze, świat przedstawiony jest z perspektywy bogatych kupców, których stać na wyjazdy do Europy, i którzy mają na tyle wolnego czasu, żeby zacząć się zastanawiać, dokąd ich kraj dąży. Najwidoczniej pospólstwo nie miało żadnych refleksji na temat warunków swojego życia. Właściwie pojawiają się raz - w momencie zakończenia prac nad budową tunelu, gdy zmęczonych zmusza się do zabawy - przy okazji jeden z głównych bohaterów zostaje wyzwany od wyzyskiwaczy. Drugie ale, to niedostatek wątków - niektóre postacie, które zapowiadają się ciekawie, znikają gdzieś w połowie powieści, i więcej nie są wspominane. Moja osobista ciekawość czuje się niezaspokojona ;)

Mimo tego całego narzekania, książka mi się podobała. Wzbudziła we mnie zainteresowanie współczesną Turcją (do tej pory te tereny kojarzyły mi się głównie z Historią Starożytnego Wschodu z pierwszego roku studiów :P) i zmusiła kilka neuronów do pracy (które mimo wszystko tęsknią za "Lodem" :P). No i to lekkie zdziwienie - spora część akcji dzieje się w zimie - a więc oni tam też mają przymrozki :P I alkohol ;)

A to już wnuk Cevdeta, malarz:

"Na jego płótnach starzy kupcy, gospodynie domowe, grzeczne dziewczęta i młodzieńcy, eleganccy panowie i służący rozmawiali, stojąc w bladym świetle, zawsze pośród tych samych przedmiotów, w wypłowiałych ogrodach, na schodach i w salonach. Sprawiali wrażenie, jakby na coś czekali, jakby chcieli dokończyć pracę, zanim nadejdzie przyszłość, wciąż powtarzając identyczne czynności, trochę niespokojnie, trochę ospale i trochę niecierpliwie."

P.s. Dzisiaj bez obrazka, bo nie mogłam znaleźć starych zdjęć Nişantaşı, a przecież nie wrzucę Hagii Sofii, o której w książce nic nie ma, i którą raczej wszyscy kojarzą ;) Ale jeśli się coś w tym względzie zmieni, dam znać ;)

niedziela, 10 lutego 2013

Wewnętrzny zwierz.

Martel, Yann - "Życie Pi"

Wiele lat temu, podczas wybierania liceum połowicznie przeniosłam się do większej miejscowości. Przy okazji zanoszenia papierów wylądowałam pierwszy raz w księgarni z prawdziwego zdarzenia (mimo, że sieciówkowej) - półki po sufit wypełnione najprzeróżniejszymi autorami, gatunkami... normalnie bajka, świecące oczka i wrażenie pod którym byłyśmy ze znajomą jeszcze przez całą podróż powrotną (te plany, czego to sobie nie kupimy) i dalszą część dnia. W tej właśnie księgarni pewnego dnia mój wzrok przykuła niebieska okładka z żółwiami, rekinami, i maleńką białą łódką na środku, na której leżał ciemnoskóry chłopiec i tygrys. Kamilce oczywiście na widok kotowatych, tygrysów w szczególności, zapala się w główce lampka irracjonalizmu, i od razu zaczęła kombinować, jak tu książkę zdobyć. Ciekawość wzrosła tym bardziej, że fabuła zapowiadała się intrygująco - czyli co się może dziać przez 300 stron między tygrysem a człowiekiem na pełnym oceanie? Ano może...
A co się dzieje? Nie powiem :P Dość, że szansa, iż sytuacja miała naprawdę miejsce jest jak jeden na milion (a fani Pratchetta wiedzą, że to oznacza, że na pewno się zdarzy ;P), i do tego wciąga bardzo intensywnie. Przynajmniej mnie, czego dowodem fakt, że po wielu latach pochłonęłam ją z prawie taką samą prędkością jak za pierwszym razem.
Nawet, jeśli nie jesteś osobą, która chce uwierzyć w Boga (czym się w sumie bardziej film reklamuje  niż książka), warto po nią sięgnąć. Przesadna religijność nie uderza za mocno po oczach, więc nie macie się czego bać. A czy ja w coś po niej uwierzyłam? Na pewno w potęgę wyobraźni :)
Jest zdecydowanie niezapomniana. I oryginalna. Można ją rozumieć na wiele sposobów, dla mnie na przykład była to książka... o zwierzętach. I o tym, ile zwierzęcia jest w człowieku, zwłaszcza w ekstremalnych sytuacjach. Jakieś minusy? Do tej pory nie wiem, co miała symbolizować ta cholerna wyspa ;P

Jeszcze krótko na temat filmu, przy czym posłużę się cytatem z "Życia Pi" właśnie:

"Nikły blask przedświtu oświetlał prawdziwe pandemonium. Natura potrafi stworzyć ekscytujące widowisko. Scena jest ogromna, światło dramatyczne, statystów nieprzebrana rzesza, a budżet na efekty specjalne absolutnie nieograniczony. To, co miałem przed oczami, było efektownym spektaklem w wykonaniu wiatru i wody, czymś w rodzaju trzęsienia ziemi, jakiego nie potrafiliby zainscenizować nawet w Hollywood."

No właśnie, więc czemu Martel dał to sfilmować, się pytam?