poniedziałek, 17 lutego 2014

Człowiek, który wypadł z czasu.

Kurt Vonnegut - "Rzeźnia nr 5"

Wybierzemy się dziś na Tralfamadorię. Jest to przeurocza kraina, zamieszkana przez istoty przypominające kształtem przetykacz do zlewu zakończony ręką. Składa się z czterech wymiarów, więc proszę uważać, bo bardzo łatwo jest się zgubić w czasie... i na przykład wylądować w środku Drezna podczas bombardowania w 1945 roku. Czasami wystarczy przejść przez nieodpowiednie drzwi, i już się jest gdzie indziej. Dlatego proszę trzymać się grupy ;)
Właściwie bombardowanie Drezna miało być tematem przewodnim książki. Tymczasem skaczemy w czasie średnio raz na pół strony - a to oglądamy traumatyczne przeżycia głównego bohatera, Billy'ego, z dzieciństwa, za chwilę scenę z jego miodowego miesiąca, potem wracamy do czasów Drugiej Wojny Światowej, żeby w końcu odwiedzić Tralfamadorię, gdzie Billy przetrzymywany w zoo, ma za zadanie spółkować z również porwaną z Ziemi gwiazdą porno, ku uciesze wyżej wspomnianych przetykaczy do zlewów o czterowymiarowej świadomości. Pogubiliście się? Spokojnie, Billy też. Zdarza się.
O co w ogóle chodzi? Podejrzewam, że o bezsens wojny. O to, jak wielkim ratunkiem dla człowieka, który przeżył traumę, może być wyobraźnia. I chyba o to, że tak naprawdę na niewiele spraw w życiu mamy wpływ. Miłość? Zdarza się. Dziewczyna dała ci kosza? Zdarza się. Ktoś zmarł? 135 tysięcy ludzi? Zdarza się. Filozofia tralfamadorska uczy, aby wspominać te momenty, w których byliśmy szczęśliwi. Wracać do nich w myślach, gdy jest nam źle. Tylko uważajcie, by czasem tak jak Billy, nie zgubić się w czasie ;)
Z ciekawości (i niedosytu) obejrzałam film. Nie zobaczyłam Tralfamadorczyków, więc chyba nie było warto :P Aczkolwiek słyszałam, że Guillermo del Toro był zainteresowany ekranizacją. Teraz już wiem, skąd wziął się pomysł na potwora z oczami w rękach z "Labiryntu Fauna" :P


"Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na Tralfamadorii, było to, że śmierć jest tylko złudzeniem. Człowiek żyje nadal w przeszłości, tak więc głupotą jest płakać na pogrzebie. Wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe, zawsze istniały i zawsze będą istnieć. Tralfamadorczycy mogą oglądać te różne chwile tak, jak my możemy oglądać na przykład Góry Skaliste. Widzą, że poszczególne momenty są niezmienne, i mogą wybierać te spośród nich, które ich w danej chwili interesują. To tylko my na Ziemi mamy złudzenie, że chwile następują jedna za drugą, jak korale na sznurku, i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze.
Tralfamadorczyk widząc trupa myśli sobie po prostu, że zmarły jest aktualnie w złej formie, ale jednocześnie wie, że ta sama osoba czuje się znakomicie w wielu innych momentach. Kiedy teraz słyszę o czyjejś śmierci, wzruszam tylko ramionami i mówię to, co mówią w takich razach Tralfamadorczycy; to znaczy: Zdarza się."

* "Rzeźnia numer pięć", Kurt Vonnegut Jr., PIW, Warszawa 1989, s.26-27.

piątek, 24 stycznia 2014

Is it peacefull in the ocean deep?


Dorota Masłowska - "Kochanie, zabiłam nasze koty"

Mieliście kiedyś kota? Potrafią być naprawdę przewrotne... W jednej chwili mruczą i łaszą się, by za chwilę z całej siły wpić się zębami i pazurami w rękę, albo zupełnie bez uprzedzenia z małego, uroczego kociaka, zamieniają się w sukkuba, który miauczy po nocach (przepraszam, właściwie całe noce), wypina tyłek na byle dźwięk lub ruch i ma ochotę przelecieć dywan, plecak, ołówek (z gumką :P) lub nogę... cokolwiek. Ach, tak, i czasem robi siku na poduszkę, co zazwyczaj oznacza, że zapomniało się posprzątać kuwetę... lub się jej nie posiada.

Tymczasem książka Masłowskiej właściwie nie jest o kotach. Poza epizodyczną rolą trupa, niby nigdy nic wygrzewającego się w słońcu wśród pędzących samochodów, i wyżej wspomnianym narobieniem na poduszkę, nie pojawiają się wcale. Jest za to dużo oceanu, syren(które wcale nie są ładne i na dodatek mają słabość do wódki), jogi, żelu antybakteryjnego i samotności.

Jakoś tak się stało, że od samego początku zostałam zniechęcona do Masłowskiej. Dopiero wiele lat po jej spektakularnym debiucie, w końcu odważyłam się obejrzeć film o wojnie polsko-ruskiej i pozytywnie się zdziwiłam. Wprawdzie po książkę wciąż nie sięgnęłam, ale ostatnio w bibliotece wpadła mi w ręce ta, najnowsza i, co mnie zaintrygowało, pisana "normalnym językiem", o ile w przypadku tej autorki możemy o czymś takim mówić. Bo w świecie "Kochanie..." wszystko odbiega od standardów. Każdy bohater jest od czegoś uzależniony, lub znajduje się na skraju załamania nerwowego, tudzież przeżywa akurat kryzys twórczy, tak jakby bycie normalnym od razu wykluczało innych z możliwości zaistnienia w książce. A może po prostu nie ma ludzi normalnych?

Tak więc ja byłam pod wrażeniem - języka, zabawnego, prostego i do bólu szczerego, oraz płynnego przechodzenia między granicą jawy i snu, której często nawet bohaterowie nie zauważają. Aż tu nagle koniec. Trochę za szybko ;)

Jeśli lubicie filmy w stylu "Requiem dla snu" albo "Fight club" to książka powinna wam się spodobać :)

A co się dzieje w piątki?:

"Miasto zaczyna się trząść już koło osiemnastej, a potem buzuje aż do nocy, pełne przekrzykiwań, pisków, głupich śmiechów, łamiących się obcasów, brzęku butelek, strzelających korków od szampana, koki zasysanej z desek klozetowych i naciąganych na członki prezerwatyw... Przerabianie przez cały tydzień swojego jedynego, niepowtarzalnego, nieubłaganie mijającego życia na pieniądze musi skończyć się głupawką, zwierzęcym wrzaskiem "mam prawo do odrobiny wolności!!!". Nawet jeśli ta hektyczna, hurtem realizowana wolność, która musi wystarczyć na cały kolejny tydzień, oznacza prawo do swobodnego robienia z siebie palanta, darcia śluzówki genitaliów na strzępy i do spania potem głową w sraczu."

D. Masłowska, "Kochanie, zabiłam nasze koty" s.77
http://asunder.deviantart.com/art/Siren-Night-alternate-ver-62513446


czwartek, 16 stycznia 2014

Space Oddity.


Arthur C. Clarke - "2001: Odyseja Kosmiczna"

Trzy minuty wgapiania się w czarny monitor przy akompaniamencie muzyki klasycznej. Jesteście w stanie to wytrzymać? W dzisiejszych czasach pewnie większość z was w międzyczasie zrobi pięćset innych rzeczy. Ja po dwóch minutach przewinęłam film do przodu, żeby sprawdzić, czy aby posiadam wersję audio-wizualną, czy tylko audio ;P A potem... potem (pomijając logo metro goldwyn meyer z trochę mało ruchawym lwem - nawet nie zaryczał) pojawiają się małpy. No dobra, małpoludy... które na dodatek wrzeszczą na siebie, na kamień w kształcie prostopadłościanu, na inne małpoludy, na geparda, na jakiegoś przodka świni... chwila, na prostopadłościan? I w ogóle, czy to nie miał być film science - fiction?

Pierwszy raz obejrzałam Odyseję Kosmiczną wiele lat temu, jeszcze w telewizji, więc zmuszona byłam przetrwać całość za jednym zamachem. Ale czego nie robi się dla ponadczasowej sławy kina. Główne rzeczy, które utkwiły mi w pamięci, to właśnie małpy, pokręcone zakończenie i noworodek. Takie trochę, yyhhh, o co chodzi? To chyba za mądre dla mnie...

Miesiąc temu byłam w mojej kochanej bibliotece w Koźminie, i wynurałam książkową wersję kinowego hitu. Pomyślałam, oo, a więc to jeszcze nie koniec, nie chcesz mi dać spokoju, Odysejo! A zresztą, co mi szkodzi, może w końcu dowiem się, nad czym się tak ludzie zachwycają?

I tym razem trzeba było cofnąć się w czasie o 3 mln lat, i przetrwać małpy. Właściwie, po pierwszej części poczułam lekkie oburzenie - jak to, to nie doszliśmy do wszystkiego sami? Panie Clarke, próbuje mi pan wmówić, że to duży, czarny kamień o proporcjach 1:4:9 nauczył naszych przodków jedzenia mięsa? Zabijania? I w ogóle, czemu prostopadłościan, a nie kula? Albo... piramida? :P

Następnie przechodzimy do bardziej współczesnego problemu - uczłowieczenie komputera i jego konsekwencje. Przy okazji zwiedzamy dalsze planety naszego układu, a zwłaszcza te, których w filmie mi bardzo brakowało (a specjalnie obejrzalam drugi raz, żeby sprawdzić, czy są) - Jowisz i Saturn. Na koniec główny bohater dociera do Japetusa, saturnowego księżyca, na którym odnajduje prostopadłościan "matkę" i... znika w nim.

Myślę sobie, że i tak za dużo fabuły zdradziłam. Czy pomogło mi zrozumieć film? Tak. Na pewno warto najpierw sięgnąć po książkę, zanim zabierzecie się za ekranizację. To zresztą żadna nowość ;) Niestety, spowodowało też, że moje oczekiwania wobec filmu wzrosły. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Acz z przyjemnością obejrzałabym Saturna z bliska :P
Na koniec cytat z jedną z teorii o tym, jak mogą wyglądać przedstawiciele obcej cywilizacji, i jak, być może, kiedyś będziemy wyglądali my:

"Wraz z rozwojem wiedzy stworzenia inteligentne muszą prędzej czy później pozbyć się kruchej, podatnej na choroby i wypadki otoczki, w jaką wyposażyła je natura; otoczki skazującej na nieuniknioną śmierć. Zastąpią swoje ciała, zużywające się wraz z upływem lat, konstrukcjami z metalu i plastiku, uzyskując w ten sposób nieśmiertelność. Mózg przetrwa jakiś czas jako ostatnia pozostałość ciała organicznego, kierująca mechanicznymi członkami i obserwująca Wszechświat poprzez elektroniczne zmysły, daleko sprawniejsze od tych, które rozwinęły się w wyniku ślepej ewolucji."

Nie wiem czemu pomyślałam o Dalekach z Dr Who :P

czwartek, 19 września 2013

Wino truskawkowe.


Andrzej Stasiuk - "Opowieści Galicyjskie"

Zdarzyła mi się przerwa, wiem. Tymczasem, wraz ze zbliżającym się wielkimi krokami październikiem najwyższa pora wchłonąć trochę czeskości. Czemu? Ano, bo tak ;P

Tymczasem, póki do Czech nie dotarłam, będzie coś, co od dawna czekało u mnie na półce, na dodatek przeczytane, ale jakoś tak się zabrać nie mogłam. W związku z tym może być trochę nieprecyzyjnie, jak coś, co zdarzyło się dawno, mimochodem, gdzieś obok naszego życia...

Stasiuka uwielbiam. Co do tego nie mam wątpliwości - jest i od dawna był u mnie jednym z niewielu polskich pisarzy współczesnych, do których odważyłam się sięgnąć i od razu się zakochałam. Głównie przez jego dwie powieści: "Jak zostałem pisarzem" i "Przez rzekę". Chętnie pochłonęłabym je jeszcze raz. Albo i dwadzieścia.

Poza "Jadąc do Babadag", które kurzy się i czeka na mnie na półce od wieeelu lat (podejście nr 1, parę lat temu, 0:1 dla książki ;/), Stasiuk grubych dzieł raczej nie tworzy. Może to i lepiej. Czemu? Bo Stasiuk, niczym szaman, operuje magią, którą nie każdemu dane jest pojąć...

No właśnie, ale miałam mówić o "Opowieściach..." Jest w nich magii aż do przesytu. Właściwie, gdy sięgam po książkę, mam wrażenie, że z jej stronic wpływa mgła. Poranka. Kresowa na do datek. Pociągam nosem, i czuję orzeźwiające, górskie powietrze... aż chciałoby się, żeby czas się zatrzymał. Nic dziwnego, że Stasiuk przeniósł się w góry.

A co z fabułą, spytacie? Dzieje się tam cokolwiek? Czy książkę może należy tylko wąchać? Ano jakaś istnieje. Znika, pojawia się, i właściwie nie wiadomo, czy jest, czy nie bardzo. Jedynie na chwilę przed ostatnią stroną nagle robi się całkiem wyraźna, po czym... zakończenie pozostaje niedopowiedziane. Można by powiedzieć, że to zbiór zasłyszanych opowieści, wrażeń, opisów, a w między to jakby mimochodem wplątana fabuła, której właściwie trzeba się doszukiwać.

Dopełnieniem, bo na pewno nie idealnym przeniesieniem na ekran książki, jest właśnie "Wino Truskawkowe" Jabłońskiego. Dla mnie to taki wyjątek od reguły, bo normalnie nie lubię oglądać ekranizacji przed przeczytaniem książki, a tym razem dopiero po filmie postanowiłam po nią sięgnąć. I o dziwo wydaje mi się, że kolejność była dobra, bo nie straciłam nic z lektury, a znając fabułę, łatwiej mi było skupić się na czarach, które Stasiuk odprawia ;)




"Lecz w tym wypadku data jest niepewna. Nigdzie jej nie odnotowano, jakby dwa istniejące tutaj kalendarze, gregoriański i juliański, znosiły się nawzajem, sytuując zdarzenia w bezprzymiotnikowym Czasie.

Resztki pokruszonego gontu walają się w trawie. Tkwiące w nich gwoździe mają niespotykany dzisiaj, kwadratowy przekrój. Niewykluczone, że były kute, każdy z osobna, w jakiejś cygańskiej kuźni albo wprost na miejscu, w miarę jak przybijano poszycie.

No więc ten bezprzymiotnikowy czas jest kuszący. Potrzeba porządku, nazwy, skutku i przyczyny dotyczy również imaginacji. Z tego biorą się wszystkie zmyślone historie, w które z czasem zaczynamy wierzyć. Być może wyobraźnia i wiara nie mogą bez siebie istnieć, bo mają wspólną istotę - nie wymagają dowodu."

A. Stasiuk, "Opowieści galicyjskie" s.39

wtorek, 20 sierpnia 2013

Zmora gimnazjalistów.


Ernest Hemingway - "Stary człowiek i morze"


Tak bardzo chciałabym wam polecić dzisiaj jakąś ciekawą, wciągającą książkę... tym bardziej, że najwyraźniej zaczęła się pora monsunowa, więc wszelkie zajęcia na dworze z przyczyn technicznych trzeba odwołać. Tak bym chciała, och jakże bym chciała, problem jednak w tym, że książki mniej ciekawe, których recenzje do tej pory przekładałam na tajemnicze i nieokreślone "kiedy indziej" nie tylko zaczynają się niecierpliwić, ale i groźnie na mnie patrzeć.

Szatański głosik, wydobywający się niekoniecznie z mojej głowy podpowiada:

- Opowiedz historię kotosmoka pływającego z bobrami!

- Ależ Szatanie, wiesz dobrze, że ta opowieść jest dopiero w powijakach, a poza tym raczej nie nadaje się na publikację na blogu zawierającym recenzje książek.

- Awww!

A tak na poważnie, obie "mniej ciekawe" książki dawno oddałam do biblioteki ;P Zmienia to moją sytuację o tyle, że nie muszę się bać, że mnie pogryzą.

Co do "Starego człowieka i morza", nie zostałam zmuszona do czytania jej w podstawówce czy innym gimnazjum. Czasami zastanawia mnie, jak to się stało, że tyle lektur ominęłam ("Alchemika" na przykład - uff!). Tym bardziej, że mam wrażenie, iż liceum to było jedno wielkie przysypianie nad "Potopem" i "Panem Tadeuszem". Sama jednak legenda o książce skutecznie i na długie lata zniechęciła mnie do sięgnięcia po nią.

Można by powiedzieć, że "Stary człowiek i morze" jest o... starym człowieku i morzu. No i może o wielkiej rybie. I pewnie jest tam jakaś wieelka metafora życia, coś w stylu walczymy, staramy się, a na koniec i tak nic z tego nie mamy.

No cóż, już kiedyś wspominałam, że do Hemingwaya trzeba wiedzieć jak podejść. Mnie książka, wciągnęła tak, że pochłonęłam ją w 3 godziny. Choć, to pewnie też skutek tego, że była krótka ;P

Z pozoru prosta czynność, jaką jest łowienie ryb, staje się czymś niesamowitym, gdy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy na środku morza, prawie bez jedzenia i picia, a dookoła nas pływają rekiny. Czułam, jak rośnie we mnie napięcie - uda mu się czy się nie uda? A potem ten smutek, gdy kawałek po kawałku nasza (bo przecież płyniemy razem ze staruszkiem w tej łodzi, jaka szkoda, że nie możemy mu pomóc!) ryba znika w żołądkach głodnych bestii.

Co jest niezwykłego w łowieniu ryb? Z pozoru nic. Ale czy ktokolwiek z was będzie miał kiedyś okazję znaleźć się samemu w małej łódce nie mając w zasięgu wzroku lądu? Pewnie nie. Chyba, że wyruszycie w podróż ze starym człowiekiem i własną wyobraźnią... :)



środa, 14 sierpnia 2013

Dogorywająca wyspa


Maciej Wasilewski - "Jutro przypłynie królowa"


Miałam zacząć od "Buntu na Bounty" i zacznę, aczkolwiek musiałam pokasować wszystko co wczoraj niezdarnie z siebie przez ponad godzinę próbowałam wyciągnąć. Przyczyną braku weny od dwóch dni są, jak to mój dziadek określił "dziewczyny". Innymi słowy, przeżywam istny najazd warzywa polskich emerytów - standardowo dziadek (który normalnie sobie spokojnie żyje i nikomu nie wadzi) plus pół standardowo babcia (przebywająca zazwyczaj gdzie indziej) plus brat babci z żoną. Średnia wieku ponad 300, a ja mam wrażenie, że około 40...

Anyway! Dzięki brakowi weny udało mi się podreperować wczorajszy brak wiedzy i obejrzałam w końcu przesławny "Bunt na Bounty" z Hopkinsem i Gibsonem. Dowiedziałam się między innymi dlaczego tak często swego czasu widziałam jego reklamę na Polsacie (Cycki!) i dlaczego mimo tego nigdy do tej pory go nie widziałam (Cycki!). Film (poza cyckami oczywiście) traktuje o buncie, który jak na bunt jest wyjątkowo niekrwawy i nieciekawy, a do tego, jak na opowieść prawie piracką zawiera w sobie za mały procent skarbów, papug, jednookich/rękich/nogich piratów no i oczywiście bitew morskich, a ostatnio także krakenów i Johnny'ego Deppa (sporadycznie Orlando Blooma i Keiry Knightley jak kto lubi). I pomyśleć, że podobno prawdziwe historie są najciekawsze. No cóż, w gruncie rzeczy czy to ważne, skoro są cycki?

Cała późniejsza historia buntowników z okrętu "Bounty" także kręci się wokół cycków. W ostatnich scenach filmu widzimy, jak statek dociera do malutkiej wyspy zwanej Pitcairn, a bohaterowie palą statek. Miny mają raczej nietęgie, w końcu za dezercję grozi im stryczek, a dookoła tylko woda i... kilka par cycków. Tylu facetów, tak mało cycków...

Pomimo wojen (swoją drogą, wojna na 62 km² musi wyglądać ciekawie... czytaliście "Władcę Much"?), klęsk żywiołowych, chorób (psychicznych, wenerycznych... do wyboru do koloru) i prawie zerowego kontaktu ze światem zewnętrznym (przynajmniej na początku, bo teraz mają nawet internet ;) ) udaje im nawet trochę rozmnożyć, ba, dotrwać do XXI wieku.

A nam do właściwej fabuły książki. Stan mieszkańców: 48 i maleje. Nikt nikomu nie ufa. A zaufanie to przecież podstawa w tak małej społeczności. I cóż, skoro od wielu lat większość, jeśli nie wszystkie dziewczyny na wyspie były regularnie gwałcone?

Autorowi udało się dostać na wyspę pod pretekstem badań antropologicznych. Opowieść o pozostałych na miejscu ludziach przeplata się z zeznaniami i zwierzeniami kobiet, które odważyły się mówić (zostały za to wykluczone i wydalone z wyspy).

Jak to jest? Żyć w takiej małej społeczności? Gdy wszystko zależy od najsilniejszych mężczyzn i broń boziu powiedzieć na któregoś z nich złe słowo. Do tego, gdy gwałty wyszły na jaw, odbywa się rozprawa, w końcu oskarżeni mają sami sobie zbudować więzienie, które częściowo finansuje im rząd brytyjski. "Więzienie" wygląda jak hotel. Na tak odległej wyspie nawet interwencja z zewnątrz wydaje się farsą...

Tak więc historia przeklętej załogi "Bounty" od cycków się zaczęła i przez cycki być może się skończy. Choć mieszkańcy wciąż walczą i próbują naprawić imię wyspy. A z innej beczki: na polskim rynku podobno można kupić pitcairneński miód (ktokolwiek widział ktokolwiek wie, chętnie dowiem się cenę).



"Lewa brew podniesiona, prawa opuszczona. Lewa łączy się z mózgiem, chce walczyć, pyta, jak pokonać przeciwność. Prawa brew zdradza strach, czeka na najgorsze. Usta szeroko otwarte, nieartykułowany dźwięk. Lęk jest gwałtownym ruchem głowy, szukaniem drogi ucieczki, a gdy jej nie ma, jest lustrowaniem najbliższej przestrzeni: gdzie szpadel, młotek, siekiera? Nie ma. W obronie człowiek wyciąga ręce: zapora, mur. Zamyka oczy. Stoi w bezruchu i na bezdechu. Serce uderza o żebra. Podnoszą się włosy na skórze, drżą mięśnie. Wygląda, że zemdleje, przeraźliwie blada twarz. Konwulsyjne ruchy warg, ścisk gardła. Wytrzeszczone oczy spoglądają w jedno miejsce. Człowiek zaciska i otwiera dłonie, ale nie wie dlaczego. Gdy strach osiąga apogeum, wydaje się, że słychać przeraźliwy krzyk. Ale człowiek milczy i żadnego krzyku nie ma. Pot zalewa ciało. Mięśnie się rozluźniają."

czwartek, 1 sierpnia 2013

Black cat, red cat, dead cat?


Łukasz Orbitowski - "Horror Show"

Nie wiem czy pamiętacie, jakieś pół roku temu recenzowałam mało znane opowiadanie* Orbitowskiego. Razem z nim wśród starych papierów znalazłam pierwszy rozdział "Horror Show". Bez większych problemów znalazłam na allegro całość w wersji papierowej, wydaną przez tajemnicze i nicminiemówiące wydawnictwo Ha!art.

Z okładki gapi się w przestrzeń wściekle czerwony kot, przechadzający się po stercie ludzkich czaszek. Dalej jest tylko ciekawiej. Poznajemy kolesia, powiedzmy koło trzydziestki, wyglądu pospolitego z równie nie rzucającą się w oczy twarzą (choć w mojej wyobraźni jawił się w skórzanej kurtce, tanich jeansach i z wiecznie nie gasnącym papierosem w ustach). Innymi słowy, typowy ziomek z giełdy, handlujący wszystkim, czym się da, a nawet tym, czym się nie da. Giełdziarz (bo tak go zwą) wiedzie sobie spokojnie popaprane życie, do czasu, gdy pewnego wieczoru nie do końca trzeźwy wraca do domu i orientuje się, że nie ma kluczy.

I tu mały przerywnik. Pamiętacie filmik sprzed paru lat pt. "Jestem hardkorem"? Mam dziwne wrażenie, że był inspirowany tą właśnie książką :D Choć z drugiej strony "hardkor" raczej nie wyglądał na osobnika obytego z polską literaturą fantastyczną ;P

No więc w tym momencie Giełdziarz poznaje rudowłosego Brandona. Który niekoniecznie jest hardkorem, ale człowiekiem też nie za bardzo...

Im głębiej brniemy, tym bardziej robi się nieprawdopodobnie. Nie jest to wprawdzie "Mistrz i Małgorzata", ale klimat całkiem podobny. Jak na pierwszą powieść jest nieźle, a nawet w miarę zajebiście. Osobiście Orbitowski trafia w moje gusta. Ostatnio zabrałam się nawet za śledzenie jego "Tygodnia z Głowy", do którego link załączam:

http://orbitowski.pl/



* http://skladnicaksiagzapomnianych.blogspot.com/2012/10/short-stories-diabe-w-krakowie.html