środa, 14 października 2020

Grzybobranie

 Mike R. Carey - "The Girl With All the Gifts" (pl. wersja "Pandora")

Przyszła jesień, a wraz z nią w końcu udało mi się znaleźć ciekawą i nietuzinkową książkę, o której nie mogę przestać myśleć, mimo, że skończyłam ją czytać już jakiś czas temu. I na szczęście nie musiałam jej szukać w lesie, choć ma w sobie sporo grzybów. I zombie. 

Siedziała sobie po prostu na moim czytniku, który swoją drogą też powoli zaczyna zamieniać się w niezłą dżunglę. Jednym z plusów czytników jest to, że można w nim posegregować książki chronologicznie. Dzięki temu ostatnio staram się czytać te najstarsze, co by im nie było smutno, że tak długo na mnie czekają (szkoda, że nie da się tego tak łatwo zastosować do papierowych wersji). Pomyślałam, że w ramach ucieczki od przewijającego się wszędzie tematu pandemii (tudzież idiotyzmów, które niektórzy odprawiają) poczytam sobie o... wymyślonej pandemii. W końcu, jak to mówią, klin najlepiej wybić klinem? 

Od razu mówię, że nie jest to książka dla ludzi o słabych żołądkach. Jest w niej dużo mózgów, krwi, odgryzania różnych części ciała i strzelania do trupów. Wiele produktów kultury pop z tematyki zombie na tym się niestety kończy (najwyraźniej wymyślenie składnej fabuły do tak beznadziejnej sytuacji, jaką jest ucieczka przed nieumarlakami, przekracza możliwości nawet wielkiego Jima Jarmusha - wybaczcie, ale ani Adam D. ani Bill M. nie byli w stanie uratować jego ostatniego filmu).

W tym wypadku na szczęście jest inaczej. Z początku poznajemy świat z punktu widzenia młodej i inteligentnej Melanie, która czerpie swoją wiedzę głównie ze starych książek. Powoli zarówno jej jak i nasz punkt widzenia rozszerza się, aż w końcu zderza z przerażającą rzeczywistością. Zgodnie z brytyjskim stylem fabularnym, herosi zamiast triumfować upadają, a ideały rozbijają się pod naporem realizmu. Chyba jednego, czego mi brakowało do perfekcji, to angielski humor.

Warto też zwrócić uwagę skąd polska nazwa książki. Melanie bardzo lubiła mit o Pandorze, a angielski tytuł to nic innego jak dosłowne tłumaczenie tego imienia. Fabuła także w wielu miejscach pośrednio lub bezpośrednio do tej historii nawiązuje. Tak więc polski tytuł książki, w przeciwieństwie do ekranizacji ("Wszechstronna dziewczyna", serio?) jest wyjątkowo dobrze dopasowana, oczywiście zakładając, że ludzie skojarzą go z mitem, a nie sklepem jubilerskim :P Filmu nie widziałam, ale mam nadzieję to niedługo nadrobić, bo cóż lepszego na Halloween niż zombiaki? 

Zapytacie być może, co mają z tym wszystkim wspólnego grzyby? W wypadku tej pandemii ludzie zostali zaatakowani przez rodzaj grzyba właśnie, o nazwie ophiocordyceps. Istnieje on na prawdę i atakuje mrówki. Na szczęście szansa, że coś takiego przeskoczy na nasz gatunek jest tym mniejsza, im mniej mamy wspólnego DNA z nosicielem... co nie zmienia faktu, że im bardziej będziemy ingerować w środowisko naturalne, tym bardziej możliwe, że złapiemy coś od dzikich zwierząt. Dlatego tak ważne jest byśmy dbali o naszą planetę i inne gatunki ją zamieszkujące. W końcu Ziemia da sobie radę bez nas, a my bez niej już raczej nie. 


"This is wild country, for a lot of reasons. In the first days and weeks of the Breakdown, the UK government, like a whole lot of others, thought they could contain the infection by locking down the civilian population. Not surprisingly, this didn't stop people running like rats when they saw what was happening. "



niedziela, 28 kwietnia 2019

Wykluczenie

Jeff VanderMeer - Trylogia Southern Reach: "Unicestwienie", "Ujarzmienie", "Ukojenie"

Chyba powoli zaczynam w sobie wyrabiać roczny cykl pór książkowych. W zeszłym roku jakoś w okolicach późno-zimowych wczesno - wiosennych, zaczytywałam się w Fundacji, trzy lata temu przerobiłam całkiem grubaśne "Wszyscy na Zanzibarze". No, ale co będę wymieniać, jak coś, można mnie znaleźć i na Goodreads i Lubimy czytać. Albo nie można? Szukajcie, a może znajdziecie :P
Anyway, zimą zawsze kuszą mnie dwie rzeczy: literatura rosyjska i science-fiction, tudzież jego odłamy. Pierwsza, bo Rosja kojarzy mi się z mrozem, drugie, zapewne, bo mój mózg domaga się dopalaczy gdy za oknem szaro.
VanderMeer kusił mnie od jakiegoś czasu, jako, rzekomo, najlepszy autor literatury Steampunkowej. Lecz zanim dobrałam się do osadzonej w tym klimacie trylogii - Ambergris, pewna platforma filmowo-serialowa postanowiła zekranizować pierwszy tom Southern Reach.  Wiadomo, że przecież nie będę oglądać filmu przed przeczytaniem książki, pochłonęłam na szybko "Unicestwienie" w tempie mnie samą zaskakującym. Moim pierwszym skojarzeniem były "Dziewczyna z pociągu"(tak, miałam to nieszczęście) i inne "Zmierzchy" (Meyer - bo są inne zmierzchy, ciekawsze, na świecie, toteż podkreślam autora by sprecyzować o który Zmierzch mi chodzi). Powodem było coś, co nazywam "bestsellerowym stylem" - czyta się szybko, a w międzyczasie zastanawia po co, skoro to taki chłam. Potem jednak, powoli, po tym jak zaczęłam się czuć jakby mnie ktoś zdzielił obuchem w łeb, tajemnica... zaczęła się jeszcze bardziej pogłębiać. Trochę mnie to wybiło ze schematu. Szare komórki ruszyły w tan. Kombinowały, kombinowały... i do tej pory mają jakieś podrygi gdy zaczynam o tym myśleć, bo tajemnica zaczęła we mnie żyć własnym życiem. Gdy w bestsellerze dostałabym rozwiązanie podane na tacy, tu raczej utknęłam w pomieszczeniu z czymś rozpaćkanym na ścianie, czymś innym szepczącym do siebie w ciemnym kącie, dziurą w podłodze z której wydobywa się dziwna poświata i nieprzyjemnymi dźwiękami dobiegającymi zza okna, do którego nie mogę podejść bo to przecież sen. Pokuszę się nawet o teorię, że sam VanderMeer do końca wie, o co mu chodziło :P
Dwa ostatnie tomy przeczytałam po prawie rocznej przerwie (czyli w marcu), co okazało się błędem taktycznym, gdyż pół "Ujarzmienia" przemęczyłam zanim zorientowałam się, że pojawia się w nim motyw z pierwszej części, który kawałkuje fabułę na klatki z porozrywanej i częściowo zgubionej taśmy filmowej. Potem poszło już gładko, albo raczej okrągło, gdyż "Ukojenie", niczym mityczny Uroburos, zatoczyło koło i zjadło własny ogon.
Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to do stylu autora. Zwłaszcza, gdy wprowadza do fabuły nowe postacie, robi to z delikatnością karabinu maszynowego, co, przynajmniej u mnie, sprawiło, że ciężej było je polubić. Cóż, może taki był zamiar?
Seria ma wydźwięk silnie ekologiczny, więc nie polecam jej nikomu kto nie wierzy w globalne ocieplenie i w to, że nie powinniśmy bez ograniczeń wykorzystywać ziemskich zasobów. A jeśli nie macie cierpliwości by brnąć przez trylogię, to ekranizacja jest naprawdę dobrze zrobiona i sama w sobie warta obejrzenia.
I kiedy myślałam, że autor już mnie niczym nie zaskoczy, znalazłam podziękowanie dla Tove Jansson i jej serii o Muminkach :)

Zdjęcie - Latarnia morska na wyspie św. Jerzego na Florydzie, która była inspiracją do napisania trylogii, stan z początku XX wieku.


wtorek, 22 maja 2018

Ból fantomowy.

 Olga Tokarczuk - "Bieguni"

Piszę tego posta drugi raz, bo pierwszy właśnie przypadkiem skasowałam, brawo ja.
Książka, choć napisana ponad dekadę temu, zrobiła się ostatnio bardzo na czasie, gdyż została przetłumaczona na angielski i nominowana do Bookera. A tymczasem ja bym jej nie ruszyła gdyby nie... Scyci.
Zaczęło się od niewinnej wyprawy do Londynu, bo jak zwykle na ostatnią chwilę obudziłam się, że w moim najulubieńszym British Museum właśnie kończy się wystawa o koczowniczych ludach Azji środkowej. Swoją drogą bardzo ciekawa, choć widać było, że z samej zawartości grobowców niewiele da się wydedukować (pisma nie znali). Przedzierając się z powrotem w stronę dworca przez miejską dżunglę postanowiliśmy wstąpić do biblioteki, która zawsze jest przyjemnym i spokojnym schronieniem w oczekiwaniu na pociąg. Tam, jak to ja, zaczęłam zachłannie przeglądać ulotki, aż ujrzałam znajomą twarz kobiety z dredami...
Otóż pani Tokarczuk miała wpaść z wizytą. Miałam 2 miesiące, żeby zdobyć i przeczytać "Biegunów". Co to dla mnie. Oczywiście, że nie zdążyłam ;)
Kiedy zabrałam się za książkę (jakoś na tydzień przed spotkaniem), nie miałam zielonego pojęcia, o czym jest. Mój mózg musiał się dostroić do trybu notatkowego, w jakim jest prowadzona fabuła. Nie jestem jego fanką, bo zazwyczaj czytam tuż przed snem, a tu jedna notatka potrafiła mieć pół strony, a kolejna trzydzieści, i zdecyduj się kurcze, czy idziesz już spać (za wcześnie), czy czytasz i ryzykujesz poranne niewyspanie. Tak, wiem, starzeję się. Z pewnością taki styl nadaje się natomiast na podróż, zresztą same notatki były pisane przez autorkę podczas licznych wojaży, i przyzwyczaiła się do nich do tego stopnia, że nawet pół roku po wydaniu książki wciąż ją "pisała".
Co dziwne, ja miałam podobny stan - już po jej skończeniu chciałam ją dalej czytać. Mój umysł sam wyszukiwał kolejne motywy, które mogłyby się w niej znaleźć. Dotarło do mnie, że nawet Scyci wpasowują się w nią idealnie, jako jeden z ludów nie mających swojego stałego miejsca zamieszkania, niczym tytułowi Bieguni. Przypadek?
Książkę serdecznie polecam ludziom, którzy nie mogą usiedzieć na miejscu ;)

"Istnieją kraje, w których ludzie mówią po angielsku. Ale nie mówią tak jak my, którzy mamy własny język ukryty w bagażach podręcznych, w kosmetyczkach, angielskiego zaś używamy tylko w podróży, w obcych krajach i do obcych ludzi. Trudno to sobie wyobrazić, ale angielski jest ich językiem prawdziwym! Często jedynym. Nie mają do czego wracać ani zwrócić się w chwilach zwątpienia.
Jakże się muszą czuć zagubieni w świecie, gdzie każda instrukcja, każde słowo najgłupszej piosenki, menu w restauracjach, najbłahsza korespondencja handlowa, przyciski w windzie są w ich prywatnym języku. Mówiąc, mogą być w każdej chwili zrozumiani przez każdego, a ich zapiski trzeba chyba specjalnie szyfrować. Gdziekolwiek się znajdą, wszyscy mają do nich nieograniczony dostęp, wszyscy i wszystko.
Są już projekty, słyszałam, żeby wziąć ich pod ochronę, a może nawet przyznać im jakiś jeden mały język, z tych wymarłych, których nikt już nie potrzebuje, żeby mogli mieć coś dla siebie, własnego."

P.S. Znam kilka takich osób, faktycznie wydają się lekko zagubione ;P

sobota, 14 kwietnia 2018

Short stories. Jesienne świerszcze

Akutagawa Ryũnosuke - "Życie szaleńca i inne opowiadania"

Żeby utrudnić sobie życie i zredukować ilość i tak już nieistniejącego wolnego czasu wpadłam na genialny pomysł i zapisałam się do grupy propagującej literaturę japońską. Z racji, że jest prowadzona przez osobę bardzo ogarniętą w temacie, szybko okazało się, że Murakamiego czytać nie będziemy (jego zresztą specjalnie reklamować w Polsce nie trzeba). Ba, ku mojej uciesze, wraz z propozycjami lektur posypały się artykuły o autorach, ich motywacji i w ogóle całej otoczce towarzyszącej ich pisaniu. Niestety szybko też okazało się, że bardzo niewiele książek w ogóle do nas dociera, a te które przebijają się jakoś przez barierę językową, mają często wiele błędów, tak dziwnych i zaskakujących jak choćby przecinki w nieodpowiednich miejscach. Może już popadam w paranoję, ale naprawdę wolałabym skupić się na treści a nie zastanawiać czy ktoś to faktycznie sprawdził przed puszczeniem do druku.
Opowiadania jakościowo wydały mi się bardzo nierówne. Jest "Rashomon" oraz "W gąszczu", które mogą zainteresować fanów Kurosawy, gdyż całkiem zgrabnie zostały połączone w jego filmie w jedną historię. Utopia "W krainie wodników" najbardziej zapada w pamięć ze względu na... długość. Z pewnością miała na celu wyśmianie japońskiego społeczeństwa, ale bez znajomości kontekstu staje się conajwyżej pokręconą opowieścią o dziwnych wodnych stworach. Tytułowe "Życie szaleńca" nastomiast jest jedynie zbiorem luźno powiązanych refleksji.
Najbardziej podobała mi się"Pasja twórcza", opisująca dzień z życia pisarza. Od rana przeżywa on drobny kryzys twórczy, i dopiero rozmowa z kilkuletnim wnukiem nastraja go pozytywnie, dzięki czemu spędza cały wieczór na pisaniu. Prosta historia, a jednak napisana tak zgrabnie, że wprowadziła mnie w przyjemny nastrój i wywołała uśmiech.

piątek, 2 marca 2018

Galaktyczna utopia.


Isaak Asimov - Trylogia "Fundacja"


Mam ostatnio problem z reedycjami. Otóż niektóre wydawnictwa zdają się oszczędzać nawet na tak podstawowych rzeczach jak korekta (o redakcji wielu nowych książek nawet nie wspominam, bo mogłabym o tym napisać osobnego posta), czy tłumaczenie. Dopadł mnie kryzys, więc postanowiłam sięgnąć po coś starego (choć nie twierdzę, że stare wydania są bez skazy). W wypadku "Fundacji" zaważyła też cena, która jak na 200-300 stronicowe tomy jest nieco zawyżona (i czy naprawdę przy takiej objętości potrzebna jest twarda okładka?). Z całym szacunkiem dla Rebisu, który prześlicznie wydał moją ukochaną Diunę... a potem poszedł za ciosem i przemielił na polski także resztę książek z tego uniwersum, choć autor już inny, a jakościowo nie umywają się przed główną sagą. Tymczasem na allegro roi się od staroci, więc w try miga zdobyłam za cenę 2 nowych książek pierwsze wydanie wszystkich 7 tomów "Fundacji". Z surrealistycznymi okładkami z lat 80-tych, na których niebieska głowa Asimova unosi się wśród tak przypadkowych przedmiotów jak roślinka, tęcza, Ziemia czy satelita.

No właśnie, 7 tomów, a w temacie "trylogia". O co tu chodzi? Nie, nie jest to żart w stylu Douglasa Adamsa. "Fundacja" z założenia miała być... właściwie, to nie było żadnego założenia. Po prostu Asimov napisał trzy tomy, po czym stwierdził, że ma dosyć pisania s-f i zajął się czymś innym na następne 25 lat. A konkretniej, zrobił profesurę z biochemii, napisał mnóstwo prac naukowych, i można by powiedzieć że stał się poważnym i poważanym obywatelem USA, gdyby nie fakt, że wydał też parę tomów z... dowcipami. Był też dobrym przyjacielem niejakiego Gene'a Roddenberry, znanego jako twórca Star Trek'a. Nie zdziwiłabym się, gdyby Asimov pisał żarty do serialu, bo jakościowo nie różnią się mocno od książkowych sucharków. Dopiero na starość wrócił do swojej populistycznej twórczości, i dopisał kolejne 4 tomy. Ale to bajka na kiedy indziej.

Wiem to wszystko oczywiście z wszechwiedzącej Wikipedii, którą wspominam tu ponieważ podobną ideę dzielił pierwszy bohater "Fundacji", który postanawia założyć kolonię... encyklopedystów. Tudzież zostaje wygnany wraz z współpracownikami...? Cóż, tu nie tylko moja pamięć zawodzi, ale też historia, która w każdym tomie (zawierającym zazwyczaj dwie części, każdą oddaloną o 50-100 lat, tak że trylogia kończy się 400 lat po zdarzeniach z pierwszego) jest przedstawiona troszkę inaczej. Seldon, bo takie jego nazwisko, jest wybitnym naukowcem, który pod pretekstem utworzenia najdokładniejszej encyklopedii we wszechświecie gromadzi całą dostępną ludzkości wiedzę w jednym miejscu, przekonany, że potomkowie jego kolonii wykorzystają ją by stworzyć nowe, trwalsze Imperium. Rozpisuje też plan na kolejne tysiąc lat, który rzekomo ma uratować ludzkość przed popadnięciem w barbarzyństwo.

Muszę przyznać, że po pierwszym tomie wzruszyłam ramionami i zajęłam się czymś innym... na jakieś 3 lata. Pomysł spoko, ale książka z lat 50, jak to często bywa z s-f, ma dużo anachronizmów. Niektóre całkiem urocze, jak samopisząca maszyna która pięknym, odręcznym pismem rejestruje wszystko, co się do niej mówi. Lub atomowe popielniczki ;D Zarówno skutki radioaktywności jak substancje rakotwórcze w papierosach były wtedy co najwyżej mitami, w które nikt nie chciał wierzyć, nic więc dziwnego, że pali prawie każdy bohater.

Dopiero ostatnio postanowiłam ruszyć sagę nieco do przodu. I tu nastąpiło pełne zaskoczenie, bo drugi tom przeczytałam w trzy dni, trzeci niewiele wolniej. Częściowo zapewne gdyż złapałam rytm, ale też postacie w drugim i trzecim tomie wydały się bardziej rozbudowane a akcja nieco ruszyła z kopyta (w stęp, bo kłusu ani tym bardziej galopu u Asimova nie ma co szukać).

Nie pierwszy raz odniosłam wrażenie, że Asimov nie czuje się pewnie w pisaniu książek popularnonaukowych. Postacie w jego książkach, mimo usilnych starań, są nieco miałkie i stereotypowe, najlepsza akcja zazwyczaj dzieje się gdzieś obok, a my zostajemy z grupką naukowców, którzy próbują nam wyjaśnić, co się właściwie stało. Gwiezdne Wojny to to nie są.

Wydaje mi się, że książki mogą spodobać się fanom pierwszego Star Treka. Dla pozostałych mam dobrą wiadomość: krążą pogłoski o stworzeniu serialu na podstawie Fundacji. Sądząc po tym, jaki mamy ostatnio boom na seriale, jest całkiem prawdopodobne, że się uda. Ciekawi mnie tylko jak dostosują fabułę do współczesnej wiedzy. Tymczasem odkładam kolejne tomy na przyszłe niewiadomo kiedy, bo wciągnęły mnie Martwe Dusze :P



czwartek, 25 stycznia 2018

Brytyjskie dziwactwo


Ian McEwan - "Solar"


Niewiele brakowało, a bym tej książki w ogóle nie przeczytała. Wypożyczyłam ją częściowo bo zainteresowała mnie recenzja jego najnowszej książki - "W skorupce orzecha", częściowo bo próbuję trochę lepiej poznać współczesną literaturę brytyjską, która, o dziwo, składa się z czegoś więcej niż Tolkien, Pratchett i Rowling, a częściowo bo potrzebowałam jakiejś "lekkiej" odskoczni od non-fiction, które ostatnio pochłaniam w coraz większych ilościach.

Tak więc poszłam do biblioteki z nazwiskiem na karteczce, poszperałam, i wygrzebałam "Solar", które między "Pokutą" i "Ukojeniem" wydało mi się w miarę najbardziej interesujące. Przełknęłam jakoś napis "International Bestseller" na okładce i zabrałam ustrojstwo do domu z cichą nadzieją, że będzie przynajmniej trochę śmieszne. Książka przeleżała miesiąc. Przedłużyłam. Przeleżała kolejny... i zapomniałam przedłużyć. W międzyczasie okazało się, że biblioteka jest zamknięta całe święta, i tylko rozsądek, który podpowiedział mi, by sprawdzić godziny otwarcia w internetach uchronił mnie od odbicia się od bibliotekowych drzwi. I wtedy przyszła mi do głowy myśl "A może by jednak chociaż dać książce szansę?" Skoro i tak utknęłam z nią na ponad tydzień? Tak więc zaczęłam czytać i ku memu wielkiemu zdziwieniu nie mogłam przestać.

Wyobraźcie sobie faceta, którego najbardziej nie lubicie, bo np. poderwał dziewczynę, która wam się podobała, albo wślizgnął się na stanowisko w pracy, o które walczyliście latami. Do tego zgarnia nagrody i granty za niewiadomoco, i wszyscy uważają go za geniusza. A przecież dostał tylko Nobla. I nie jest nawet przystojny. A teraz spróbujcie postawić się na jego miejscu. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie zrobił autor. I to całkiem przekonująco.

Główny bohater nie budzi sympatii, i z początku człowiek zastanawia się, jak to dzieje, że w ogóle go ktoś lubi i poważa. Może to i lepiej, bo przynajmniej nie jest nam przykro, gdy zdarzają mu się co i rusz jakieś nieprzyjemne "wypadki". I wcale nie jest taki super, jak mogłoby się wydawać osobom postronnym. Jedyną jego przewagą jest to, że dzięki wrodzonej inteligencji i wyuczonemu sprytowi udaje mu się tuszować swoje niepowodzenia. Oczywiście do czasu ;)

Co najbardziej mnie zaskoczyło, to że Michael Beard jest realistyczny aż do bólu. Okazuje się zupełnie przeciętnym człowiekiem, ze swoimi słabościami, odkładaniem "wzięcia się za siebie" na nieskończone jutro, podjadaniem z lodówki w środku nocy i okłamywaniem nie tylko innych, ale i siebie, że wszystko jest w porządku. Nieprzyjemnie przypomina... nas. Może dlatego nie każdemu się ta książka spodoba. Mnie jednak skłoniła do tego, by samej ruszyć tyłek i pójść na spacer ;)

W tle przewija się kwestia energii odnawialnej, tematu jak najbardziej na czasie, choć z raczej pesymistycznym zakończeniem.

Nie jest to przyjemna książka. Ale z pewnością interesująca i... otrzeźwiająca. Tak, to chyba dobre słowo.

Gdy po świętach dotarłam w końcu do biblioteki, zapłaciłam drobną karę, a książka wylądowała z powrotem w torebce, bym mogła ją w spokoju skończyć. Dostałam swoją nauczkę. Myślę, że z panem McEwanem się jeszcze nie raz spotkamy :)







"Znał ten sklep aż za dobrze i zdawał się nieświadomie kierować w jego stronę. Planował jedynie się rozejrzeć, przetestować silną wolę, może kupić gazetę, ale nic poza tym. Gdyby chodziło o pornografię, klęska nie oznaczałaby wielkiej szkody. Ale zdjęcia dziewczyn, czy choćby części ich ciał nie poruszały go już tak jak kiedyś. Jego problem był bardziej banalny niż świerszczyki. Już był przy kasie, już wygrzebywał funty spomiędzy euro, trzymając pod pachą cztery gazety zamiast jednej, jak gdyby nadmiar w jednej dziedzinie mógł spowodować umiar w drugiej, już podawał je do zeskanowania, gdy wyłapał kątem oka na wystawce koło kasy błysk rzeczy, której pragnął, rzeczy, której nie chciał pragnąć, tuzin ich, ułożonych w rzędzie, i bez podejmowania jakiejkolwiek decyzji chwycił jedną - taką lekką! - i dorzucił do swoich zakupów, częściowo zasłaniając zdjęcie premiera stojącego w drzwiach kościoła i machającego ręką.

Była to torebka z tworzywa sztucznego zawierająca drobno pocięte ziemniaki usmażone w oleju i przyprószone solą, uprzemysłowionym proszkiem żywnościowym, konserwantami, wzmacniaczami smaku, hydrolizatami oraz spulchniaczami, regulatorami kwasowości i barwnikami. Chipsy o smaku soli z octem."*




*Tłumaczyłam własnoręcznie z angielskiego, więc cytat może się trochę różnić od polskiej wersji książkowej ;)






poniedziałek, 22 maja 2017

Trzy kropki


William S. Burroughs - "Nagi lunch"


Wdepnęłam w bagno. Nie, to chyba mało powiedziane. Chyba, że uznać, że jest to bagno pełne wszelkich najgorszych odpadków, jakie ludzkość po sobie zostawia każdego dnia. Także tych, które przyjmują kształty humanoidalne, acz przez wielu ludzi są uznawane za istoty niższe. Robaki.

Wdepnęłam, nie do końca świadoma na co się piszę. Acz nie sądzę, by dało się przygotować umysł na to, co zawiera ta książka. Tym bardziej, gdy wstęp autora umieszcza się... na końcu. Choć nawet koniec okazuje się tylko iluzją.

Wyobraźcie sobie umysł ćpuna. Takiego w stadium końcowym. Gdy już jest tylko skórą, kośćmi i głodem. Takiego, który nie cofnie się przed niczym, by zdobyć działkę. Żyje w innym świecie, który ma swoje płynne prawa i naruszalne zwyczaje. W Interzone. Strefie między rzeczywistością a śmiercią. Jak to w ogóle zrobić? Paru osobom może przyjdzie na myśl Breaking Bad. Innym "My, dzieci z dworca Zoo" albo inne książki o narkotykach, które drogą pantoflową podsuwaliśmy sobie w Gimnazjum, niczym nielegalne, ale obowiązkowe lektury. Blisko, ale nie. Dzieci z dworca były mocne, to fakt. Ale bardzo daleko im do tego, co opisał Burroughs. Choćby dlatego, że on w żaden sposób nie próbował się tłumaczyć. Świadomie, jako dorosła osoba, wpakował się w nałóg, od którego nigdy do końca się nie uwolnił. I nie powie wam, że było super. Nie. Wpuści was do swojego chorego umysłu, a gdy wy, zaciekawieni, wejdziecie bez zastanowienia, zatrzaśnie drzwi i ze złowieszczym śmiechem rzeknie "O nie, nie ma odwrotu, a teraz patrz...". I zdacie sobie sprawę, że jesteście w piekle.

Ta powieść nie ma fabuły. Nie ma w niej nawet ram czasowych. Właściwie, to nie jest nawet powieść. To raczej serie obrazów, w których na próżno szukać sensu. Dopiero we "wstępie" dowiadujemy się, że właśnie przebrnęliśmy (o ile komuś się to uda) przez "uporządkowane" notatki, które autor spisywał będąc pod wpływem tzw opiatów (narkotyków wytwarzanych z maku), ale też innych środków odurzających, których wymieniać nie będę, bo zdziwilibyście się, ile z nich możecie znaleźć we własnej apteczce czy... kuchni. Co zabawne, większości z tego nawet nie pamięta.

Cóż... jeśli macie stalowe nerwy i interesujecie się tematem, możecie spróbować. Przeczytać książkę, oczywiście ;) Ale nie sądzę, by ktokolwiek normalny pochłonął ją za jednym razem (ja męczyłam po 10-20 stron dziennie) i nie miał żadnych koszmarów. Tym o słabszej psychice, ale nadal zainteresowanych, proponuję poprzestać na filmie, który jest nieco bardziej strawny i z tego co pamiętam nawet momentami zabawny (i nieziemsko surrealistyczny). A tak na serio, nie polecam wcale :D Bo z bagien czasem ciężko się wydostać...


Cytatu nie będzie. Wierzcie mi, nie chcecie tego.

poniedziałek, 1 maja 2017

Świeże jajeczka smażone na śmietankowym maśle


Joseph Heller - "Paragraf 22"

Jakoś w zeszłym roku zaryzykowałam randkę w ciemno. Jedyne, co wiedziałam, to że delikwent lubi rozprawiać o wojnie. "Na pewno ci się spodoba, skoro lubisz te klimaty!" - powiedziała dobroduszna Sara, wpisując tajemniczy numer na komputerze i podając mi pakunek gdy wychodziłam do domu. Tak, pakunek. Tak, bo to była randka z książką :P

Paczkę rozpakowałam jeszcze na przystanku, i uśmiechnęłam się do stojących obok uczniów, którzy, typowo dla swego wieku, byli zbyt zajęci sobą, by zwrócić uwagę na dziewczynę z książką w ręce. Po czym popadłam w konsternację. Przecież ta książka leży zapomniana i zakurzona w mojej prywatnej koźmińskiej biblioteczce! Obudził się leń - czemu mam czytać po angielsku, skoro mam własną, nietkniętą polską wersję?

W końcu więc oddałam nieszczęśliwego niedoszłego kochanka, i temat pewnie zostałby zapomniany, gdyby inny znajomy parokrotnie nie wspomniał, że "była to książka, po której przestał czytać fikcję". No niee, skąd ja to znam? To trochę jak z braćmi Elric, którzy sprawili, że uznałam, iż w kwestii anime nie ma już nic lepszego do obejrzenia (co nie do końca jest prawdą, acz moja przygoda z tą tematyką ostro od tego czasu przyhamowała i zrobiłam się szalenie wybredna). Czyżby więc "Paragraf 22" był aż tak dobry?

Cóż... nie jest. Na pewno nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak "Cienka czerwona linia" czy "Rzeźnia nr 5". Pierwsze trzysta stron przeczytałam trochę od niechcenia, po jedynym lub dwóch krótkich rozdziałach tuż przed snem. Próbowałam czasem więcej, ale ciężko było poczuć klimat, kiedy narrator ciągle skakał po czasie, przestrzeni i bohaterach. Trzecioosobowy strumień świadomości to nie łatwa sprawa i w sumie Hellerowi należy się za to szacunek, chociaż nie udało mu się uniknąć powtórzeń (ale czyż i my nie wracamy często do spraw, które nas wyjątkowo męczą, by po raz setny przeanalizować czy mogliśmy coś zrobić lepiej?). Na pewno plusem jest absurdalny humor. Żaden z bohaterów nie jest do końca normalny, często zachowują się nielogicznie, a rozmowy obierają zaskakujący tor. Ale może w tym szaleństwie jest metoda? W końcu trwa druga wojna światowa, i reakcje nietypowe mogą stanowić o ich być albo nie być. Po jakimś czasie da się nawet wychwycić jakiś schemat i spróbować ułożyć sobie w głowie chronologię.

Jest to z pewnością satyra wojenna. Normalni wariaci zrzucają bomby na nieistotne cele, ludzie "giną" w papierologii, nieistniejący żołnierz cenzuruje listy i podpisuje raporty, oficer zaopatrzeniowy handluje wszystkim z wszystkimi, czego skutkiem jest bombardowanie bazy przez własnych ludzi, a pułkownicy chcą w sumie tylko, żeby ktoś ich lubił. Ale jest to przede wszystkim książka o traumie, którą główny bohater próbuje w sobie stłumić, a która i tak w końcu wypływa na wierzch niczym... flaki. Bo strata, nawet zupełnie obcej osoby, zmienia wszystko. Uświadamia nam, że nie jesteśmy nieśmiertelnymi bogami, że wokół nas istnieją inni ludzie, na których życie mamy wpływ, i za których jesteśmy odpowiedzialni, czy tego chcemy czy nie.

Dzisiaj obejrzałam też film. Polecam, choćby dla Orsona Wellsa, grającego rozkapryszonego generała ("Jak to, nie mogę go zabić?") młodziutkiego Jona Voighta czy Martina Sheena (zdecydowanie za mała rola :<). No i dla rozklekotanych bombowców B-25, acz to już mój prywatny mały fetysz :P Fabuła jest tak posklejana, że nawet bez czytania książki da się ją zrozumieć i muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych ekranizacji, jakie widziałam. Choć wiadomo, książka zawsze lepsza ;P


"- Pan nie żyje - wyjaśnił mu jeden z szeregowców.
Doktor Deneeka poderwał gwałtownie głowę z urazą i niedowierzaniem.
- Co to ma znaczyć?
- Pan nie żyje - powtórzył drugi. - Pewnie dlatego jest pan taki zimny.
- Tak jest. Widocznie był pan nieżywy już od dawna, tylko nie poznaliśmy się na tym.
- Co wy tu, do cholery, wygadujecie? - zapiał doktor Deneeka przenikliwie, czując, jak ogarnia go lodowate przeczucie nadciągającego nieuniknionego kataklizmu.
- To prawda - powiedział jeden z sanitariuszy. - Zgodnie z dokumentami pan poleciał z McWattem, żeby zaliczyć sobie godziny w powietrzu. Ponieważ nie wyskoczył pan ze spadochronem, więc musiał pan zginąć w samolocie.
- Tak jest - dodał drugi. - Powinien pan być zadowolony, że w ogóle ma pan temperaturę.
Doktor Deneeka miał kompletny zamęt w głowie.
- Czy wyście powariowali? - spytał. - Poskarżę się na wasze zachowanie sierżantowi Towserowi.
- To właśnie on nam o tym powiedział - odezwał się Gus albo Wes. - Departament Wojny powiadomi pańską żonę.
Doktor Deneeka jęknął i wybiegł z ambulatorium, żeby zaprotestować u sierżanta Towsera, który cofnął się przed nim z odrazą i poradził mu, żeby w miarę możności nie pokazywał się ludziom na oczy, dopóki nie zapadnie decyzja, co począć z jego szczątkami doczesnymi."



piątek, 27 stycznia 2017

Radziecka sielanka

John Steinbeck, Robert Capa (zdjęcia) - "Dziennik z podróży do Rosji"

Z racji, że ostatnio wciągnęła mnie tematyka rosyjska, chwytam wszystko co zahacza ten temat, choćby delikatnie. Nic więc dziwnego, że gdy zobaczyłam połączenie Steinbeck-Rosja, zapaliło się w mojej głowie światełko pt. "Muszę to mieć!". Akurat trwa wznawianie całej jego prozy i tłumaczenie tego, co do tej pory nie zostało wydane, więc ku mojej wielkiej radości bez problemu zdobyłam książkę po polsku. Powoli zacieram też ręce na jego raport z wojny w Wietnamie,acz nie robię sobie wielkich nadziei na tłumaczenie (chociaż kto wie? Z pewnością wydawca...).

Mamy oto dwóch wesołków, Johna i Roberta, którzy zadali sobie proste pytanie: "A może Rosjanie nie chcą z nami wojny? Sprawdźmy!" I mimo ostrzeżeń wielu swoich znajomych, zdobywają odpowiednie dokumenty i wyruszają w podróż do kraju zza Żelaznej Kurtyny. John zabiera ze sobą notes, a Robert... dziesięć walizek z kliszami i aparatami fotograficznymi. Postanawiają poszukać "zwykłego, prostego człowieka", by dowiedzieć się, jak żyje i co ma do powiedzenia na temat zimnej wojny, która dopiero co się rozpoczęła (jest rok 1947). Już po przylocie natrafiają na problemy, które będą im towarzyszyć do końca podróży. I nie, problemy te nie mają nic wspólnego z sowiecką podejrzliwością wobec obcych, raczej z... kompletnym brakiem organizacji. Zaczyna się od tego, że osoba, która miała im załatwić hotel... przebywa w innym mieście i nie ma zielonego pojęcia o tym, że mieli przyjechać. Poza tym przez sporą część powieści autorzy przesiadują na lotniskach pijąc herbatę i czekając, aż jakiś samolot łaskawie zabierze ich do miejsca docelowego. Odwiedzają Ukrainę, Gruzję (nad którą tak się zachwycają, że sama nagle poczułam ochotę tam pojechać) Stalingrad (obecnie Wołgograd) oraz Moskwę. Wszędzie zostają wspaniale ugoszczeni, co skutkuje... problemami z żołądkiem i jadłowstrętem. Ale odkrywają też, że ludzie mają dość wojen, cieszą się że żyją i są zdecydowanie zbyt zajęci odbudową po poprzedniej, by myśleć o następnej. 

Sielankowy krajobraz co jakiś czas przerywa opis gruzów, jeńców niemieckich pomagających przy odbudowie czy obłąkanych bezdomnych, których zdjęcia jednak zostają na końcu skonfiskowane. Mimo to Steinbeck skupia się na ludzkim optymizmie, nadając nieco stronniczy wydźwięk książce. Nie ma się co dziwić, autor nie jest reporterem, ma swoje poglądy, które zostają potwierdzone. Do tego nie ma szans, żeby nasi śmiałkowie zostali wpuszczeni do miejsc, w których ludzie nie są szczęśliwi. Dla kontrastu, czytam teraz "Gułag" Anny Applebaum, z którego wynika, że tuż po wojnie nastąpiła jedna z największych fal aresztowań i zsyłek do obozów pracy. Ale na tym właśnie polega research - nigdy nie powinno się opierać swojej opinii na jednej relacji ;) 

Na koniec pocieszna wstawka Roberta o trzech twarzach swojego towarzysza:
"Moje dni są bardzo długie, rozpoczyna je spotkanie z porannym Steinbeckiem. Otwieram ostrożnie oczy i widzę go siedzącego za biurkiem. Ma przed sobą otwarty notes i udaje, że pracuje. W rzeczywistości czeka na mój pierwszy ruch. Umiera z głodu. Poranny Steinbeck jest człowiekiem chorobliwie nieśmiałym, niezdolnym do podniesienia słuchawki telefonu i podjęcia najmniejszej próby kulturalnej rozmowy z sowieckimi kelnerkami. (...) 
Po krótkim psychicznym striptizie rozpoczyna zmianę Steinbeck wieczorny. (...) Wypiwszy pewną ilość płynów, staje się niezwykle elokwentny, ma zdecydowane poglądy na każdy temat. (...) Po północy jego niewinność zaczyna iść w parze z siłą. Demonstruje ową siłę, używając jednego palca. Zapytuje niczego niepodejrzewających mężów, czy wiedzą, co to jest palcówka. Dwóch dżentelmenów siada za stołem naprzeciw siebie, przyciska łokcie do obrusu, zwierając środkowe palce. Po chwili zmagań pan Steinbeck zazwyczaj przyciska palec męża do stołu i elokwentnie opuszcza towarzystwo. Bywa, że późno w nocy próbuje grać z każdym. Kiedyś zaczepił pewnego jegomościa, który wyglądał na sowieckiego generała. Dla wszystkich oprócz Steinbecka. (...)
Wieczorny Steinbeck przepoczwarzył się w wersję nocną. Leży w łóżku mocno przytulony do grubego tomu poezji sprzed dwóch tysięcy lat, zatytułowanego Rycerz w tygrysiej skórze. Na jego twarzy maluje się całkowite odprężenie. Z otwartych ust tego cichego zazwyczaj mężczyzny wydobywa się nieskrępowane, głośne chrapanie."

niedziela, 6 listopada 2016

I shall be free


Bob Dylan - "Kroniki tom I"

Książka Dylana wpadła mi w oko już jakiś czas temu, mniej więcej kiedy przeczytałam krótki artykuł o tym, dlaczego prawdopodobieństwo, że dostanie Nobla, wcale nie jest takie małe. Była to interesująca teoria, więc gdy zobaczyłam w tym roku jego nazwisko pomiędzy Murakamim (nie ma szans, o czym wie każdy, kto przeczytał chociaż kilku noblistów - zupełnie inny typ prozy) a Roth'em (gdyby chcieli, już dawno by mu tę nagrodę dali), pomyślałam sobie "aha, całkiem czemu nie!". Wiem, że teraz łatwo mówić, no cóż, nikogo nie zmuszam by wierzył mi na słowo ;) Niestety, gdy na początku października planowałam masowe zamówienie z Czarnego, nakład książki nagle się wyczerpał (hmm, ciekawe czemu?). Z pomocą na szczęście przyszedł mi niezawodny poznański Arsenał ;)

Raczej nie gustuję w książkach typu wspomnienia, dzienniki, listy...pewnie dlatego, że gdy widzę grube tomiszcza autorstwa Mrożka, Grudzińskiego, Gombrowicza czy ostatnio wydane Osieckiej, to mój mózg od razu oblicza, ile czasu może mi zająć przebrnięcie przez nie, i kręci swoim hipotetycznym nosem z niezadowoleniem (jakby nie patrzeć zanim się rozgrzałam na tyle, by pochłonąć "Lód" Dukaja bez odmrożenia sobie palców, minęło pół roku). Podobnie jest zresztą z każdą grubą książką, choć w tym wypadku często wchodzi w grę kilka tomów. Na moje nieszczęście "Małe życie" miałam w wersji e-book, więc nie do końca świadoma objętości zmarnowałam prawie cały lipiec... ale jest to trauma, do której nie mam ochoty wracać. Tymczasem Kroniki mają tylko 225 stron.

No właśnie, kroniki. Nazwa jest trochę myląca, bo, przynajmniej mi, słowo "kroniki" kojarzy się z opisywaniem czegoś rok po roku w chronologicznym porządku. Najwyraźniej Dylanowi już nie bardzo... Po pierwsze, poza jednym rozdziałem, autor właściwie nie zaznacza, jaką część swojego życia opisuje, i musimy to wyciągać z kontekstu. Szybko okazuje się, że i to nie jest proste, bo skacze po miesiącach i latach w przód i tył, niczym pasikonik, czyli pisząc na zasadzie skojarzeń, tak zwanym strumieniem świadomości (sam wielokrotnie wspomina, że w młodości uwielbiał Kerouac'a, który stosował ten sam styl). Po drugie... można by pomyśleć, że przynajmniej rozdziały będą uporządkowane chronologicznie. Znowu błąd! Dylan najpierw mówi o tym, gdy jako młodzik przybył do Nowego Jorku, potem nagle jest już sławnym piosenkarzem z żoną i gromadką dzieci, następnie przeżywa kryzys artystyczny pod koniec lat 80-tych by na samym końcu... wrócić do początku swojej kariery. Tak jakby w ostatnim rozdziale po prostu poupychał to, co mu się nie zmieściło w pierwszym. Z książki jednak wynika, że artysta bardzo lubi mylić tropy, więc może i w przypadku tytułu o to chodziło?

Przyznaję, żadną wielką fanką Dylana nigdy nie byłam(no, może mam lekką słabość do "Hurricane"), acz nie twierdzę też, że jest beznadziejny. Ma po prostu lepsze i gorsze kawałki, a że napisał ich setki (tysiące?), to wiadomo, że metodą prób i błędów prędzej czy później wpadnie komuś w ucho. Do tego zaczął karierę w raczej niespokojnych czasach, śpiewając o trudnych tematach, nie ma się więc co dziwić, że, zupełnie niespodziewanie dla siebie samego, stał się z dnia na dzień ikoną rewolucji lat 60-tych. Co ciekawe, jak wynika z książki, był tym faktem niesamowicie podirytowany.

Generalnie książka jest trochę nierówna. Są momenty dla osoby niezagłębiającej się w historię nowojorskiej bohemy przełomu lat 50-tych i 60-tych ździebko nużące, pełne nazwisk, które niewiele mówią osobie żyjącej 50 lat później. Sama, gdy któreś nazwisko pojawiało się wyjątkowo często, sięgałam do głębin Wielkiego Internetu i odszukiwałam najbardziej znane utwory, nie zawsze jednak czując zachwyt, którym próbował mnie zarazić autor. Gdy przebrnie się przez te tyrady pełne nazw zespołów, utworów, ludzi z innej epoki, ukazuje nam się człowiek o charakterze, rzekłabym, chaotycznym neutralnym. Taki typowy bard. Człowiek, który za swój życiowy cel obrał opowiadanie historii w formie śpiewanej, ale jednocześnie nie lubiący się w te historie mieszać. Poeta. A niejeden poeta przecież już Nobla dostał. O co więc ten cały krzyk? Bo śpiewa? No i co z tego?

Dylan zawsze uważał się za przeciętnego człowieka, który po prostu robi to, co uważa za słuszne. Szkoda, że tacy ludzie są rzadko doceniani, a zwraca się uwagę na krzykaczy, którzy nie mają nic mądrego do powiedzenia.

Na koniec cytat o tym, jak Dylan odbiera tytuł honoris causa w Princeton. Może rzuci lekkie światło na to, dlaczego artysta tak długo ignorował Szwecką Akademię.

"- Choć znają go miliony, unika rozgłosu i zrzeszeń, wybierając życie rodzinne i izolację. Choć niebawem osiągnie niebezpieczny wiek trzydziestu lat, pozostaje autentycznym wyrazicielem niespokojnego i wrażliwego sumienia Młodej Ameryki.

Chryste Panie! To było jak uderzenie gromu. Wszystko się we mnie gotowało, ale nie dałem tego po sobie poznać. Niespokojne sumienie Młodej Ameryki! Znów to samo. Nie mogłem w to uwierzyć! Po raz kolejny dałem się nabrać. Laudator mógł powiedzieć wiele rzeczy, zająć się moją muzyką. Kiedy powiedział, że wolę się izolować od świata, zabrzmiało to tak, jakbym wolał siedzieć w żelaznym grobowcu, do którego wsuwają mi jedzenie na tacy.

Oślepiało mnie słońce, ale widziałem twarze ludzi, którzy dziwnie się na mnie gapili. Byłem tak wściekły, że miałem ochotę walić głową w ścianę. [...] Szepcząc i mamrocząc do mikrofonu, dobrnąłem jakoś do końca ceremonii i odebrałem cenny zwój. Wsiedliśmy do wielkiego buicka i odjechaliśmy. To był dziwny dzień.

- Banda fiutów jadących na ręcznym - rzucił Crosby."



czwartek, 6 października 2016

A w kieszeniach morfina


Michał Bułhakow - "Notatki na mankietach"


Zima jeszcze nie przyszła, ale ja już o niej intensywnie myślę. Zaczęło się właściwie na wiosnę, od trochę niezdrowego wrzucania do wirtualnych koszyków wszelkich tomiszczy z Rosją lub Syberią w tytule. Jak dobrze, że większość tego księgozbioru zajmuje bajty a nie miejsce na półce, inaczej dawno załamałabym się pod ciężarem tego, co narzuciłam sobie do przeczytania. Skąd ten pomysł? Nagła zmiana klimatu? Politycznego? Geograficznego położenia? Sama nie wiem. Gdzieś w głowie kłębią mi się pomysły, które być może kiedyś ułożą się w logiczną całość, ale na razie wymagają ode mnie zdobycia odpowiedniej wiedzy. To trochę jak poszukiwanie różnych części klucza, który po złożeniu otwiera drzwi do tajemnicy istnienia.

Zanim jednak to się stanie, jeszcze wiele może się zmienić. Tymczasem robię nieśmiałe kroczki w stronę tego niezmierzonego, niezrozumiałego i wielokulturowego kraju, zaczynając od trochę znanego mi terenu, czyli autora mojej ulubionej rosyjskiej powieści. Bez większych ceregieli wybrałam najobszerniejszy (a właściwie jedyny, jaki był w bibliotece) wybór jego opowiadań.

Od razu mówię: nie czytajcie tej książki. W tym momencie niektórzy być może wyłączą stronę i zajmą się czymś innym. Natomiast kilku buntowników, mam nadzieję, spyta: Dlaczego? Otóż, moi drodzy wywrotowcy, są rzeczy, które najnormalniej w świecie powinny zostać w szufladzie, z różnych powodów. Ale! Nie mówię tu o wszystkim, co znajduje się w tej książce. Tak więc gdy stwierdziłam, żebyście nie czytali tej książki, miałam na myśli, nie czytajcie tego akurat wydania, o ile nie chcecie zobaczyć, jak młody pisarz ćwiczy swój warsztat, próbuje podporządkować go dopiero co wschodzącej ideologii (większość historyjek i szkiców dzieje się w pierwszej połowie lat 20-tych XX w. w Moskwie), aż w końcu buntuje się i znajduje swój styl. Większość z tego nie jest jednak, według mnie, warta świeczki, o ile nie planuje się śledzenia kariery Bułhakowa, a jedynie spędzenia przyjemnego wieczora czy dwóch przy ciekawej lekturze.

Mniej więcej do połowy książki przysypiałam nad opisami rozbudowującej się Moskwy, albo historiami o tym, czego to autor nie musi zrobić, czyich dup nie pocałować, jakich bzdur nie napisać, żeby mieć co do gęby włożyć. Przyznam, jest to na swój sposób ciekawe, ale jest pewien szkopuł - nikt mu nie kazał być pisarzem! Otóż Bułhakow skończył studia medyczne, ba! przez kilka lat praktykował. I tu właśnie docieramy do drugiej części książki, a konkretnie do zbioru historii pod tytułem "Zapiski młodego lekarza". Od razu czuć, że pisarz znalazł się w swoim żywiole. Zastanawiam się, czy ktokolwiek spoza kręgu "wtajemniczonych" byłby w stanie tak dokładnie opisać wszystkie przypadki, z którymi młody, świeżo po studiach wysłany na prowincję lekarz, miał do czynienia. Dodam, że był tam jedynym lekarzem, co obecnie, w czasach wieloletnich staży podyplomowych wydaje się być szaleństwem, ale i wtedy budziło w młodym adepcie przerażenie (nie ma się co dziwić).

"Zapiski..." pojawiają się tu i ówdzie w różnych zbiorach opowiadań Bułhakowa. Prawdopodobnie jedne z lepszych to "Niezwykłe przygody doktora", które są, niestety, białym krukiem. Oczywiście ci, którzy lubią się buntować, niech czytają z mankietów, bunt to rzecz ludzka ;D

Natomiast z niepotwierdzonych źródeł wiem, że już na mnie czeka, a niedługo wpadnie w moje łapki "Dziennik Mistrza i Małgorzaty", o tyle mam nadzieję lepszy, że nie pisany pod ówczesną propagandę. Tymczasem idzie zima. Ma być długa i mroczna, w sam raz na innego mojego rosyjskiego ulubieńca i jego trzy obszerne tomiszcza, których, wstyd się przyznać, do tej pory nie tknęłam. Tylko co najpierw? Bracia, Biesy czy Idiota? :P


"- Nic podobnego z tych rzeczy, o których pan opowiedział, nie ma miejsca przy ranach postrzałowych zadanych z bliska. Ile pan ma piątek?

- Piętnaście - odpowiedziałem.

Profesor postawił obok mojego nazwiska trójkę i wyszedłem ogłupiały i zhańbiony...

Wyszedłem, potem wkrótce pojechałem do Murjowa, i oto jestem tutaj sam. Diabli wiedzą,co się dzieje przy strzelaniu do ludzi z bliskiej odległości, ale kiedy leżał tu przede mną na stole operacyjnym ranny człowiek, kiedy różowa od krwi, kipiąca piana występowała mu na ustach - czy straciłem wówczas głowę? Skądże znowu, chociaż człowiek ten miał całą pierś rozwaloną wilczym śrutem i strzał został oddany jak najbardziej z bliska, i widać było płuco, i mięso zwisało z rany kłakami. Nie straciłem głowy: w półtora miesiąca później człowiek ten wyszedł zdrów i cały z mojego szpitala."



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Don't let your dreams die (with you)


Anne Frank - "Dziennik (młodej dziewczyny)"


Od razu mówię, że czytałam po angielsku, stąd nawias w tytule, który tak właśnie brzmi w wersji angielskiej. Dodatek niby nie istotny, ale jednak podkreśla coś, co samo słowo "dziennik" nie oddaje. Otóż książka jest znana, przynajmniej takie mam wrażenie, jako zapis życia rodziny ukrywającej się w Amsterdamie przed okupantem niemieckim podczas II Wojny Światowej. Kończy się w momencie aresztowania, więc nie macie co liczyć na relację z obozu koncentracyjnego. Zawiedziecie się też, jeśli spodziewacie się narzekania, jacy Niemcy są straszni, i jak im się okropnie żyje w ukryciu. Tzn, są i takie momenty, ale jest ich niewiele, bo Anne skupia się na życiu rodzinnym, codziennych kłótniach i swoich własnych wewnętrznych rozterkach... dlatego, według mnie, dodatek do tytułu jest istotny - bo książka tak naprawdę skupia się na życiu wewnętrznym wchodzącej w dorosłość panny, która zupełnym zbiegiem okoliczności przy okazji jest także żydówką żyjącą w czasach wojny.

Anne, z początku dziecinna, narzeka na otaczających ją ludzi, przez których czuje się niezrozumiana, i niedoceniana. Chce koniecznie być już traktowana jako dorosła, tęskni za rówieśnikami, za światem zewnętrznym, wręcz dusi się na małym poddaszu, dzieląc je z siódemką osób, w większości widzących w niej jedynie pyskatą smarkulę. Aż pewnego dnia, nagle, jej styl pisania zmienia się zupełnie. Jest to tak wyraźne, że najzwyczajniej w świecie mnie zatkało. Z notki na notkę widać, jak zaczyna rozsądniej, po dorosłemu, oceniać swoją sytuację, i choć mimo wszystko przebija przez nią dziecięcy optymizm, to muszę przyznać, wyrosła z niej bardzo mądra osóbka, zdolna do racjonalnej analizy zachowania zarówno innych jak i swojego, a także zdolna do przyznania się do własnej winy.

Z czasem czułam coraz większy smutek, gdyż zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy: że osoba aspirująca do bycia w przyszłości bardzo dobrą pisarką nie doczekała końca wojny, oraz że nie miałam możliwości przeczytania tej książki gdy byłam w wieku Anne. Mam wrażenie, że moje życie potoczyłoby się odrobinę inaczej, gdyby tak się stało. Na Zachodzie "Dzienniki", wprawdzie w cenzurowanej wersji (W oryginale Anne nie ma żadnych oporów przed opisywaniem, jak uczyła się o tym, do czego służą narządy rozrodcze, co na potrzeby lektury w szkołach zostało wycięte... trochę szkoda, dorośli nadal traktują przechodzących okres dojrzewania nastolatków jak dzieci, co kończy się tym, że ci szukają wiedzy w internecie... Anne jest w tej kwestii wprawdzie dosadna, ale na pewno nie tak brutalna, jak filmy porno), są wysoko ocenianą lekturą szkolną, natomiast w Polsce książka jest wprawdzie znana, ale conajwyżej mimochodem wspominana na lekcjach, a w bibliotekach i księgarniach ciężka do dostania. No, i zaliczana bardziej do literatury dot. Holokaustu, z którym tak naprawdę nie ma wiele wspólnego. Podejrzewam, że choćby z tego powodu jest w Polsce pomijana - polskich książek holokaustowych mamy w szkołach od groma, po co więc wprowadzać kolejną? Tym bardziej, że niezależnie myśląca Anne wielokrotnie podkreśla, że nie ma zamiaru poprzestać na życiu szarej kury domowej. Oburzające! ;)

W końcu jedno z marzeń Anne się spełniło - została sławną pisarką :)

"Jacy piękni i dobrzy byliby ludzie, gdyby co wieczór przed zaśnięciem przywołali sobie przed oczy wydarzenia całego dnia i dokładnie się zastanowili, co w ich własnych uczynkach było dobre, a co złe. Mimowolnie próbuje się wtedy codziennie na nowo poprawiać samego siebie, z czasem bez wątpienia dużo się osiągnie."


niedziela, 10 stycznia 2016

Ośmionóg, glikozydy i lipidy.



Julio Cortázar - "Wielkie wygrane"


Chyba trzy razy podchodziłam do innej, najbardziej znanej powieści Cortázara - "Gry w klasy". Za każdym jednak razem po paru, parunastu rozdziałach ją odkładałam, być może dlatego, że mam zwyczaj czytać książki od początku do końca (nawet, jeśli to zbiór opowiadań), a tu nagle sugerują mi, by po niej "skakać". A może po prostu nie jara mnie temat paryskiej bohemy? Albo do niej nie dorosłam... (to ile muszę mieć lat, czterdzieści?). Wielki, wspaniały Cortázar, jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego i prozy iberoamerykańskiej, a ja nie potrafię przebrnąć przez jego sztampowe dzieło. Skandal!

Jak to ja, postanowiłam więc... chwycić byka za ogon, zamiast zabierać się za rogi. I wyszperałam w bibliotece "Wielkie wygrane", które są debiutancką powieścią pisarza. Przyznam się, że trochę przyczynił się do tego pan Krzysztof Varga, gdyż swego czasu pofatygowałam się aż do Wrocławia, żeby wysłuchać jego wykładu o Cortázarze. Varga skupił się na mniej znanych dziełach autora (zwłaszcza opowiadaniach, których dwa tomy kurzą się u mnie od paru lat), a ja skrzętnie zanotowałam sobie po co warto sięgnąć.

Już przy pierwszych stronicach poczułam pewną ulgę - bohaterowie znajdowali się w Buenos Aires, a nie w Paryżu. Może więc jednak coś z tego będzie. Na tym etapie okazało się, że warto sięgnąć po jakiś karteluszek i długopis, bo nagle na głowę zwaliła mi się chmara ludzi, z których tylko niektórych warto zapamiętać - mianowicie przyszłych pasażerów tajemniczego rejsu. Wszyscy oni są właścicielami szczęśliwych losów z loterii - stąd tytuł książki. Bohaterowie z pozoru są raczej przeciętni - dwaj nauczyciele, uczeń z rodziną, narzeczeni z matkami, matka z dzieckiem i jej przyjaciel, dwa młode małżeństwa (czyżby?), przedsiębiorca. Z czasem jednak okazuje się, że większość z nich ma jakąś tajemnicę, lub wykorzystuje wyjazd jako ucieczkę przed dotychczasowym życiem.

Barwność oraz różnorodność postaci, a także sposób, w jaki autor powoli dawkuje wiedzę o nich, pozostawiając wiele domysłom czytelnika, bardzo mi się spodobał. Gdzieś w tle działa się "akcja", o której jednak przypomniałam sobie tylko od czasu do czasu, kiedy trzeba było się oderwać od egzystencjalnych rozmów bohaterów.

Autor nawiązywał też do niesprawnego systemu politycznego Argentyny, który po 55 latach od publikacji książki wciąż tonie w korupcji (przypomina mi się jedna z "Dzikich historii", w której bohaterowi kilkakrotnie odholowują samochód, przez co rozpada się jego małżeństwo, aż w końcu ląduje w więzieniu - o ile dobrze pamiętam). Na szczęście nie trzeba znać historii kraju by czerpać przyjemność z lektury :)

Trochę więcej o szczęściu niech wypowiedzą się sami bohaterowie:

"Wiesz, że w zasadzie słone, przesycone jodem powietrze przynosi mi szczęście. Krótkie, przelotne jak te ptaki, które zobaczysz, a które towarzyszą statkowi przez chwilę, czasem przez cały dzień, ale w końcu zawsze znikają. Nigdy się tym nie przejmowałem, że szczęście krótko trwa, Paulita. Przejście szczęścia w przyzwyczajenie jest jedną z najskuteczniejszych broni śmierci."

"Chodzi o coś bardzo skromnego, może przyziemnego nawet, i bardzo egoistycznego. O trochę szczęścia, które zrobiłoby możliwie mało dziur w innych, coś, co i tak nie jest łatwe, co staje się jeszcze trudniejsze, kiedy się nie chce ani nikogo kupić, ani samemu sprzedać, a tylko zachować swoją niezależność."

"Wszystko tak było ustawione, by z tej podróży zrobić coś w rodzaju przerwy pomiędzy odłożeniem jednej książki a momentem, w którym zacznie się przecinać stronice następnej. Ziemia niczyja, gdzie, o ile to możliwe, liżemy rany oraz zbieramy węglowodany, tłuszcze i rezerwy moralne przed nowym zanurzeniem się w kalendarz."

A skąd tytuł posta? Dowiedzą się tylko ci śmiałkowie, którzy sięgną po książkę :)

poniedziałek, 10 listopada 2014

To Coś.

Jack Kerouac - "W drodze"

Zajadam się ostatnio śmietanką amerykańskiej prozy, aż  mi w boczki trochę poszło. Niechcący. Nic nie poradzę, że jest pyszna. Fitzgerald, Faulkner, czy inne Hemingway'e, całe to towarzystwo tzw. straconego pokolenia lat dwudziestych, każdy piszący odmiennym stylem, jednak wszyscy niesamowici i wciągający.

Tymczasem wybrałam się na polowanie po poznańskich bibliotekach i wpadło mi w łapki "W drodze". Od jakiegoś czasu nazwisko Kerouac przewijało mi się tu i ówdzie, wzbudzając coraz większą ciekawość. Po zastanowieniu (i braku tego, po co przyszłam), książka skończyła w moim plecaku. Nie, nie wyniosłam jej cichaczem, tylko z dzielnym postanowieniem pilnowania terminów, podpisałam się pod pożyczką własną parafką, dając tym samym drugą szansę Bibliotece Raczyńskich.

Historia jest opowiadana w sposób, jaki żyją bohaterowie - jednym tchem, pragnąca pochłonąć wszystko, cały świat na raz. Siłą napędową jest Dean Moriarty, który wraz z Salem Paradise, pędzi na łeb na szyję z wschodniego na zachodnie wybrzeże i z powrotem(i tak kilka razy, aż lądują w Meksyku). Właściwie odetchnęłam tylko w jednym momencie, gdy Deana nie było, a główny bohater zajmował się zbieraniem bawełny i bawieniem w rodzinę z uroczą Terry i jej synkiem. W międzyczasie pojawia się także małżeństwo Lee oraz Carl Marx - pierwowzorami tych wszystkich postaci byli przedstawiciele tzw. Beat Generation, a zarazem bliscy przyjaciele Kerouac'a.

Momentami miałam wrażenie, że wmuszam w siebie tą książkę (zwłaszcza fragmenty opisujące muzykę - jazz to zupełnie nie moja rzecz), ale jednocześnie nie potrafiłam odłożyć jej na dłużej niż dzień. Nagle zapragnęłam cofnąć się w czasie do późnych lat czterdziestych, albo chociaż natychmiast wyjechać do Stanów, by poczuć ten ogrom przestrzeni i zapach prowincjonalnych miast, sprawdzić, czy czas stoi tam w miejscu, czy też może pełznie trochę szybciej od żółwia goniącego sałatę.

Odniosłam wrażenie, że książka (a także film sprzed dwóch lat) nie podobają się oczytanym w klasyce osobom. Częściowo zapewne dlatego, że nie jest pisana jakimś super wyszukanym stylem, a czytając ją można prędzej dostać zadyszki, niż odpocząć. Sięgając po nią musicie mieć świadomość, że ubrudzicie sobie ręce. Bohaterowie często nie mają pieniędzy, chwytają się każdej (nawet hańbiącej), szansy na zarobek, żyją chwilą, piją, palą, biorą narkotyki, bawiąc się przy tym przednio i nie myśląc o konsekwencjach(a często też o bliskich, których ranią). Jednak zdecydowanie jest to największym plusem książki - rzeczywistość,która dzieje się tu i teraz(bo jutra może nie być) oraz prawdziwość postaci. Być może nie da się tak cały czas, ale na 400 stron, czemu nie? Ktoś kiedyś powiedział, że najbardziej niesamowite historie są oparte na prawdziwym życiu, i ta książka to potwierdza.

Na koniec fragment przemyśleń Sal'a będącego pod wpływem... najzwyklejszego głodu:

"Przez jedną krótką chwilę doświadczyłem ekstazy, którą zawsze pragnąłem osiągnąć, jakbym dał krok poprzez czas chronologiczny w ponadczasową cienistość, zadziwienie pośród ponurości śmiertelnego padołu i poczucie, że śmierć depcze mi po piętach, żebym parł na przód, a jej zjawa też aż gubi pięty, ja zaś pędzę na wystającą za burtę deskę śmierci, skąd uleciały wszystkie anioły i pofrunęły w świętą próżnię wiekuistej pustki, gdzie potężne, niepojęte promienistości błyszczą w jasnej Istocie Umysłu, a niezliczone ziemie lotosowe rozwierają się w magicznym rojowisku niebios. Dobiegał mnie nieopisany, wrzący łoskot, który nie rozbrzmiewał mi w uszach, tylko wszędzie, i nie miał nic wspólnego z dźwiękiem. Zrozumiałem, że umarłem i odrodziłem się nieskończenie wiele razy, a tylko pamięć mnie zawodzi, bo po prostu przejścia od życia do śmierci i z powrotem do życia są upiornie łatwe, stanowią magiczne przesunięcia do zera, niczym zasypianie i budzenie się znów milion razy, przy całkowitej swobodzie i głębokiej ignorancji. Zrozumiałem, że to falowanie narodzin i śmierci odbywa się tylko i wyłącznie za sprawą stabilności przyrodzonego Umysłu, tak jak wiatr marszczy arkusz czystej, spokojnej, lustrzanej wody."

poniedziałek, 17 lutego 2014

Człowiek, który wypadł z czasu.

Kurt Vonnegut - "Rzeźnia nr 5"

Wybierzemy się dziś na Tralfamadorię. Jest to przeurocza kraina, zamieszkana przez istoty przypominające kształtem przetykacz do zlewu zakończony ręką. Składa się z czterech wymiarów, więc proszę uważać, bo bardzo łatwo jest się zgubić w czasie... i na przykład wylądować w środku Drezna podczas bombardowania w 1945 roku. Czasami wystarczy przejść przez nieodpowiednie drzwi, i już się jest gdzie indziej. Dlatego proszę trzymać się grupy ;)
Właściwie bombardowanie Drezna miało być tematem przewodnim książki. Tymczasem skaczemy w czasie średnio raz na pół strony - a to oglądamy traumatyczne przeżycia głównego bohatera, Billy'ego, z dzieciństwa, za chwilę scenę z jego miodowego miesiąca, potem wracamy do czasów Drugiej Wojny Światowej, żeby w końcu odwiedzić Tralfamadorię, gdzie Billy przetrzymywany w zoo, ma za zadanie spółkować z również porwaną z Ziemi gwiazdą porno, ku uciesze wyżej wspomnianych przetykaczy do zlewów o czterowymiarowej świadomości. Pogubiliście się? Spokojnie, Billy też. Zdarza się.
O co w ogóle chodzi? Podejrzewam, że o bezsens wojny. O to, jak wielkim ratunkiem dla człowieka, który przeżył traumę, może być wyobraźnia. I chyba o to, że tak naprawdę na niewiele spraw w życiu mamy wpływ. Miłość? Zdarza się. Dziewczyna dała ci kosza? Zdarza się. Ktoś zmarł? 135 tysięcy ludzi? Zdarza się. Filozofia tralfamadorska uczy, aby wspominać te momenty, w których byliśmy szczęśliwi. Wracać do nich w myślach, gdy jest nam źle. Tylko uważajcie, by czasem tak jak Billy, nie zgubić się w czasie ;)
Z ciekawości (i niedosytu) obejrzałam film. Nie zobaczyłam Tralfamadorczyków, więc chyba nie było warto :P Aczkolwiek słyszałam, że Guillermo del Toro był zainteresowany ekranizacją. Teraz już wiem, skąd wziął się pomysł na potwora z oczami w rękach z "Labiryntu Fauna" :P


"Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na Tralfamadorii, było to, że śmierć jest tylko złudzeniem. Człowiek żyje nadal w przeszłości, tak więc głupotą jest płakać na pogrzebie. Wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe, zawsze istniały i zawsze będą istnieć. Tralfamadorczycy mogą oglądać te różne chwile tak, jak my możemy oglądać na przykład Góry Skaliste. Widzą, że poszczególne momenty są niezmienne, i mogą wybierać te spośród nich, które ich w danej chwili interesują. To tylko my na Ziemi mamy złudzenie, że chwile następują jedna za drugą, jak korale na sznurku, i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze.
Tralfamadorczyk widząc trupa myśli sobie po prostu, że zmarły jest aktualnie w złej formie, ale jednocześnie wie, że ta sama osoba czuje się znakomicie w wielu innych momentach. Kiedy teraz słyszę o czyjejś śmierci, wzruszam tylko ramionami i mówię to, co mówią w takich razach Tralfamadorczycy; to znaczy: Zdarza się."

* "Rzeźnia numer pięć", Kurt Vonnegut Jr., PIW, Warszawa 1989, s.26-27.

piątek, 24 stycznia 2014

Is it peacefull in the ocean deep?


Dorota Masłowska - "Kochanie, zabiłam nasze koty"

Mieliście kiedyś kota? Potrafią być naprawdę przewrotne... W jednej chwili mruczą i łaszą się, by za chwilę z całej siły wpić się zębami i pazurami w rękę, albo zupełnie bez uprzedzenia z małego, uroczego kociaka, zamieniają się w sukkuba, który miauczy po nocach (przepraszam, właściwie całe noce), wypina tyłek na byle dźwięk lub ruch i ma ochotę przelecieć dywan, plecak, ołówek (z gumką :P) lub nogę... cokolwiek. Ach, tak, i czasem robi siku na poduszkę, co zazwyczaj oznacza, że zapomniało się posprzątać kuwetę... lub się jej nie posiada.

Tymczasem książka Masłowskiej właściwie nie jest o kotach. Poza epizodyczną rolą trupa, niby nigdy nic wygrzewającego się w słońcu wśród pędzących samochodów, i wyżej wspomnianym narobieniem na poduszkę, nie pojawiają się wcale. Jest za to dużo oceanu, syren(które wcale nie są ładne i na dodatek mają słabość do wódki), jogi, żelu antybakteryjnego i samotności.

Jakoś tak się stało, że od samego początku zostałam zniechęcona do Masłowskiej. Dopiero wiele lat po jej spektakularnym debiucie, w końcu odważyłam się obejrzeć film o wojnie polsko-ruskiej i pozytywnie się zdziwiłam. Wprawdzie po książkę wciąż nie sięgnęłam, ale ostatnio w bibliotece wpadła mi w ręce ta, najnowsza i, co mnie zaintrygowało, pisana "normalnym językiem", o ile w przypadku tej autorki możemy o czymś takim mówić. Bo w świecie "Kochanie..." wszystko odbiega od standardów. Każdy bohater jest od czegoś uzależniony, lub znajduje się na skraju załamania nerwowego, tudzież przeżywa akurat kryzys twórczy, tak jakby bycie normalnym od razu wykluczało innych z możliwości zaistnienia w książce. A może po prostu nie ma ludzi normalnych?

Tak więc ja byłam pod wrażeniem - języka, zabawnego, prostego i do bólu szczerego, oraz płynnego przechodzenia między granicą jawy i snu, której często nawet bohaterowie nie zauważają. Aż tu nagle koniec. Trochę za szybko ;)

Jeśli lubicie filmy w stylu "Requiem dla snu" albo "Fight club" to książka powinna wam się spodobać :)

A co się dzieje w piątki?:

"Miasto zaczyna się trząść już koło osiemnastej, a potem buzuje aż do nocy, pełne przekrzykiwań, pisków, głupich śmiechów, łamiących się obcasów, brzęku butelek, strzelających korków od szampana, koki zasysanej z desek klozetowych i naciąganych na członki prezerwatyw... Przerabianie przez cały tydzień swojego jedynego, niepowtarzalnego, nieubłaganie mijającego życia na pieniądze musi skończyć się głupawką, zwierzęcym wrzaskiem "mam prawo do odrobiny wolności!!!". Nawet jeśli ta hektyczna, hurtem realizowana wolność, która musi wystarczyć na cały kolejny tydzień, oznacza prawo do swobodnego robienia z siebie palanta, darcia śluzówki genitaliów na strzępy i do spania potem głową w sraczu."

D. Masłowska, "Kochanie, zabiłam nasze koty" s.77
http://asunder.deviantart.com/art/Siren-Night-alternate-ver-62513446


czwartek, 16 stycznia 2014

Space Oddity.


Arthur C. Clarke - "2001: Odyseja Kosmiczna"

Trzy minuty wgapiania się w czarny monitor przy akompaniamencie muzyki klasycznej. Jesteście w stanie to wytrzymać? W dzisiejszych czasach pewnie większość z was w międzyczasie zrobi pięćset innych rzeczy. Ja po dwóch minutach przewinęłam film do przodu, żeby sprawdzić, czy aby posiadam wersję audio-wizualną, czy tylko audio ;P A potem... potem (pomijając logo metro goldwyn meyer z trochę mało ruchawym lwem - nawet nie zaryczał) pojawiają się małpy. No dobra, małpoludy... które na dodatek wrzeszczą na siebie, na kamień w kształcie prostopadłościanu, na inne małpoludy, na geparda, na jakiegoś przodka świni... chwila, na prostopadłościan? I w ogóle, czy to nie miał być film science - fiction?

Pierwszy raz obejrzałam Odyseję Kosmiczną wiele lat temu, jeszcze w telewizji, więc zmuszona byłam przetrwać całość za jednym zamachem. Ale czego nie robi się dla ponadczasowej sławy kina. Główne rzeczy, które utkwiły mi w pamięci, to właśnie małpy, pokręcone zakończenie i noworodek. Takie trochę, yyhhh, o co chodzi? To chyba za mądre dla mnie...

Miesiąc temu byłam w mojej kochanej bibliotece w Koźminie, i wynurałam książkową wersję kinowego hitu. Pomyślałam, oo, a więc to jeszcze nie koniec, nie chcesz mi dać spokoju, Odysejo! A zresztą, co mi szkodzi, może w końcu dowiem się, nad czym się tak ludzie zachwycają?

I tym razem trzeba było cofnąć się w czasie o 3 mln lat, i przetrwać małpy. Właściwie, po pierwszej części poczułam lekkie oburzenie - jak to, to nie doszliśmy do wszystkiego sami? Panie Clarke, próbuje mi pan wmówić, że to duży, czarny kamień o proporcjach 1:4:9 nauczył naszych przodków jedzenia mięsa? Zabijania? I w ogóle, czemu prostopadłościan, a nie kula? Albo... piramida? :P

Następnie przechodzimy do bardziej współczesnego problemu - uczłowieczenie komputera i jego konsekwencje. Przy okazji zwiedzamy dalsze planety naszego układu, a zwłaszcza te, których w filmie mi bardzo brakowało (a specjalnie obejrzalam drugi raz, żeby sprawdzić, czy są) - Jowisz i Saturn. Na koniec główny bohater dociera do Japetusa, saturnowego księżyca, na którym odnajduje prostopadłościan "matkę" i... znika w nim.

Myślę sobie, że i tak za dużo fabuły zdradziłam. Czy pomogło mi zrozumieć film? Tak. Na pewno warto najpierw sięgnąć po książkę, zanim zabierzecie się za ekranizację. To zresztą żadna nowość ;) Niestety, spowodowało też, że moje oczekiwania wobec filmu wzrosły. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Acz z przyjemnością obejrzałabym Saturna z bliska :P
Na koniec cytat z jedną z teorii o tym, jak mogą wyglądać przedstawiciele obcej cywilizacji, i jak, być może, kiedyś będziemy wyglądali my:

"Wraz z rozwojem wiedzy stworzenia inteligentne muszą prędzej czy później pozbyć się kruchej, podatnej na choroby i wypadki otoczki, w jaką wyposażyła je natura; otoczki skazującej na nieuniknioną śmierć. Zastąpią swoje ciała, zużywające się wraz z upływem lat, konstrukcjami z metalu i plastiku, uzyskując w ten sposób nieśmiertelność. Mózg przetrwa jakiś czas jako ostatnia pozostałość ciała organicznego, kierująca mechanicznymi członkami i obserwująca Wszechświat poprzez elektroniczne zmysły, daleko sprawniejsze od tych, które rozwinęły się w wyniku ślepej ewolucji."

Nie wiem czemu pomyślałam o Dalekach z Dr Who :P

czwartek, 19 września 2013

Wino truskawkowe.


Andrzej Stasiuk - "Opowieści Galicyjskie"

Zdarzyła mi się przerwa, wiem. Tymczasem, wraz ze zbliżającym się wielkimi krokami październikiem najwyższa pora wchłonąć trochę czeskości. Czemu? Ano, bo tak ;P

Tymczasem, póki do Czech nie dotarłam, będzie coś, co od dawna czekało u mnie na półce, na dodatek przeczytane, ale jakoś tak się zabrać nie mogłam. W związku z tym może być trochę nieprecyzyjnie, jak coś, co zdarzyło się dawno, mimochodem, gdzieś obok naszego życia...

Stasiuka uwielbiam. Co do tego nie mam wątpliwości - jest i od dawna był u mnie jednym z niewielu polskich pisarzy współczesnych, do których odważyłam się sięgnąć i od razu się zakochałam. Głównie przez jego dwie powieści: "Jak zostałem pisarzem" i "Przez rzekę". Chętnie pochłonęłabym je jeszcze raz. Albo i dwadzieścia.

Poza "Jadąc do Babadag", które kurzy się i czeka na mnie na półce od wieeelu lat (podejście nr 1, parę lat temu, 0:1 dla książki ;/), Stasiuk grubych dzieł raczej nie tworzy. Może to i lepiej. Czemu? Bo Stasiuk, niczym szaman, operuje magią, którą nie każdemu dane jest pojąć...

No właśnie, ale miałam mówić o "Opowieściach..." Jest w nich magii aż do przesytu. Właściwie, gdy sięgam po książkę, mam wrażenie, że z jej stronic wpływa mgła. Poranka. Kresowa na do datek. Pociągam nosem, i czuję orzeźwiające, górskie powietrze... aż chciałoby się, żeby czas się zatrzymał. Nic dziwnego, że Stasiuk przeniósł się w góry.

A co z fabułą, spytacie? Dzieje się tam cokolwiek? Czy książkę może należy tylko wąchać? Ano jakaś istnieje. Znika, pojawia się, i właściwie nie wiadomo, czy jest, czy nie bardzo. Jedynie na chwilę przed ostatnią stroną nagle robi się całkiem wyraźna, po czym... zakończenie pozostaje niedopowiedziane. Można by powiedzieć, że to zbiór zasłyszanych opowieści, wrażeń, opisów, a w między to jakby mimochodem wplątana fabuła, której właściwie trzeba się doszukiwać.

Dopełnieniem, bo na pewno nie idealnym przeniesieniem na ekran książki, jest właśnie "Wino Truskawkowe" Jabłońskiego. Dla mnie to taki wyjątek od reguły, bo normalnie nie lubię oglądać ekranizacji przed przeczytaniem książki, a tym razem dopiero po filmie postanowiłam po nią sięgnąć. I o dziwo wydaje mi się, że kolejność była dobra, bo nie straciłam nic z lektury, a znając fabułę, łatwiej mi było skupić się na czarach, które Stasiuk odprawia ;)




"Lecz w tym wypadku data jest niepewna. Nigdzie jej nie odnotowano, jakby dwa istniejące tutaj kalendarze, gregoriański i juliański, znosiły się nawzajem, sytuując zdarzenia w bezprzymiotnikowym Czasie.

Resztki pokruszonego gontu walają się w trawie. Tkwiące w nich gwoździe mają niespotykany dzisiaj, kwadratowy przekrój. Niewykluczone, że były kute, każdy z osobna, w jakiejś cygańskiej kuźni albo wprost na miejscu, w miarę jak przybijano poszycie.

No więc ten bezprzymiotnikowy czas jest kuszący. Potrzeba porządku, nazwy, skutku i przyczyny dotyczy również imaginacji. Z tego biorą się wszystkie zmyślone historie, w które z czasem zaczynamy wierzyć. Być może wyobraźnia i wiara nie mogą bez siebie istnieć, bo mają wspólną istotę - nie wymagają dowodu."

A. Stasiuk, "Opowieści galicyjskie" s.39

wtorek, 20 sierpnia 2013

Zmora gimnazjalistów.


Ernest Hemingway - "Stary człowiek i morze"


Tak bardzo chciałabym wam polecić dzisiaj jakąś ciekawą, wciągającą książkę... tym bardziej, że najwyraźniej zaczęła się pora monsunowa, więc wszelkie zajęcia na dworze z przyczyn technicznych trzeba odwołać. Tak bym chciała, och jakże bym chciała, problem jednak w tym, że książki mniej ciekawe, których recenzje do tej pory przekładałam na tajemnicze i nieokreślone "kiedy indziej" nie tylko zaczynają się niecierpliwić, ale i groźnie na mnie patrzeć.

Szatański głosik, wydobywający się niekoniecznie z mojej głowy podpowiada:

- Opowiedz historię kotosmoka pływającego z bobrami!

- Ależ Szatanie, wiesz dobrze, że ta opowieść jest dopiero w powijakach, a poza tym raczej nie nadaje się na publikację na blogu zawierającym recenzje książek.

- Awww!

A tak na poważnie, obie "mniej ciekawe" książki dawno oddałam do biblioteki ;P Zmienia to moją sytuację o tyle, że nie muszę się bać, że mnie pogryzą.

Co do "Starego człowieka i morza", nie zostałam zmuszona do czytania jej w podstawówce czy innym gimnazjum. Czasami zastanawia mnie, jak to się stało, że tyle lektur ominęłam ("Alchemika" na przykład - uff!). Tym bardziej, że mam wrażenie, iż liceum to było jedno wielkie przysypianie nad "Potopem" i "Panem Tadeuszem". Sama jednak legenda o książce skutecznie i na długie lata zniechęciła mnie do sięgnięcia po nią.

Można by powiedzieć, że "Stary człowiek i morze" jest o... starym człowieku i morzu. No i może o wielkiej rybie. I pewnie jest tam jakaś wieelka metafora życia, coś w stylu walczymy, staramy się, a na koniec i tak nic z tego nie mamy.

No cóż, już kiedyś wspominałam, że do Hemingwaya trzeba wiedzieć jak podejść. Mnie książka, wciągnęła tak, że pochłonęłam ją w 3 godziny. Choć, to pewnie też skutek tego, że była krótka ;P

Z pozoru prosta czynność, jaką jest łowienie ryb, staje się czymś niesamowitym, gdy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy na środku morza, prawie bez jedzenia i picia, a dookoła nas pływają rekiny. Czułam, jak rośnie we mnie napięcie - uda mu się czy się nie uda? A potem ten smutek, gdy kawałek po kawałku nasza (bo przecież płyniemy razem ze staruszkiem w tej łodzi, jaka szkoda, że nie możemy mu pomóc!) ryba znika w żołądkach głodnych bestii.

Co jest niezwykłego w łowieniu ryb? Z pozoru nic. Ale czy ktokolwiek z was będzie miał kiedyś okazję znaleźć się samemu w małej łódce nie mając w zasięgu wzroku lądu? Pewnie nie. Chyba, że wyruszycie w podróż ze starym człowiekiem i własną wyobraźnią... :)



środa, 14 sierpnia 2013

Dogorywająca wyspa


Maciej Wasilewski - "Jutro przypłynie królowa"


Miałam zacząć od "Buntu na Bounty" i zacznę, aczkolwiek musiałam pokasować wszystko co wczoraj niezdarnie z siebie przez ponad godzinę próbowałam wyciągnąć. Przyczyną braku weny od dwóch dni są, jak to mój dziadek określił "dziewczyny". Innymi słowy, przeżywam istny najazd warzywa polskich emerytów - standardowo dziadek (który normalnie sobie spokojnie żyje i nikomu nie wadzi) plus pół standardowo babcia (przebywająca zazwyczaj gdzie indziej) plus brat babci z żoną. Średnia wieku ponad 300, a ja mam wrażenie, że około 40...

Anyway! Dzięki brakowi weny udało mi się podreperować wczorajszy brak wiedzy i obejrzałam w końcu przesławny "Bunt na Bounty" z Hopkinsem i Gibsonem. Dowiedziałam się między innymi dlaczego tak często swego czasu widziałam jego reklamę na Polsacie (Cycki!) i dlaczego mimo tego nigdy do tej pory go nie widziałam (Cycki!). Film (poza cyckami oczywiście) traktuje o buncie, który jak na bunt jest wyjątkowo niekrwawy i nieciekawy, a do tego, jak na opowieść prawie piracką zawiera w sobie za mały procent skarbów, papug, jednookich/rękich/nogich piratów no i oczywiście bitew morskich, a ostatnio także krakenów i Johnny'ego Deppa (sporadycznie Orlando Blooma i Keiry Knightley jak kto lubi). I pomyśleć, że podobno prawdziwe historie są najciekawsze. No cóż, w gruncie rzeczy czy to ważne, skoro są cycki?

Cała późniejsza historia buntowników z okrętu "Bounty" także kręci się wokół cycków. W ostatnich scenach filmu widzimy, jak statek dociera do malutkiej wyspy zwanej Pitcairn, a bohaterowie palą statek. Miny mają raczej nietęgie, w końcu za dezercję grozi im stryczek, a dookoła tylko woda i... kilka par cycków. Tylu facetów, tak mało cycków...

Pomimo wojen (swoją drogą, wojna na 62 km² musi wyglądać ciekawie... czytaliście "Władcę Much"?), klęsk żywiołowych, chorób (psychicznych, wenerycznych... do wyboru do koloru) i prawie zerowego kontaktu ze światem zewnętrznym (przynajmniej na początku, bo teraz mają nawet internet ;) ) udaje im nawet trochę rozmnożyć, ba, dotrwać do XXI wieku.

A nam do właściwej fabuły książki. Stan mieszkańców: 48 i maleje. Nikt nikomu nie ufa. A zaufanie to przecież podstawa w tak małej społeczności. I cóż, skoro od wielu lat większość, jeśli nie wszystkie dziewczyny na wyspie były regularnie gwałcone?

Autorowi udało się dostać na wyspę pod pretekstem badań antropologicznych. Opowieść o pozostałych na miejscu ludziach przeplata się z zeznaniami i zwierzeniami kobiet, które odważyły się mówić (zostały za to wykluczone i wydalone z wyspy).

Jak to jest? Żyć w takiej małej społeczności? Gdy wszystko zależy od najsilniejszych mężczyzn i broń boziu powiedzieć na któregoś z nich złe słowo. Do tego, gdy gwałty wyszły na jaw, odbywa się rozprawa, w końcu oskarżeni mają sami sobie zbudować więzienie, które częściowo finansuje im rząd brytyjski. "Więzienie" wygląda jak hotel. Na tak odległej wyspie nawet interwencja z zewnątrz wydaje się farsą...

Tak więc historia przeklętej załogi "Bounty" od cycków się zaczęła i przez cycki być może się skończy. Choć mieszkańcy wciąż walczą i próbują naprawić imię wyspy. A z innej beczki: na polskim rynku podobno można kupić pitcairneński miód (ktokolwiek widział ktokolwiek wie, chętnie dowiem się cenę).



"Lewa brew podniesiona, prawa opuszczona. Lewa łączy się z mózgiem, chce walczyć, pyta, jak pokonać przeciwność. Prawa brew zdradza strach, czeka na najgorsze. Usta szeroko otwarte, nieartykułowany dźwięk. Lęk jest gwałtownym ruchem głowy, szukaniem drogi ucieczki, a gdy jej nie ma, jest lustrowaniem najbliższej przestrzeni: gdzie szpadel, młotek, siekiera? Nie ma. W obronie człowiek wyciąga ręce: zapora, mur. Zamyka oczy. Stoi w bezruchu i na bezdechu. Serce uderza o żebra. Podnoszą się włosy na skórze, drżą mięśnie. Wygląda, że zemdleje, przeraźliwie blada twarz. Konwulsyjne ruchy warg, ścisk gardła. Wytrzeszczone oczy spoglądają w jedno miejsce. Człowiek zaciska i otwiera dłonie, ale nie wie dlaczego. Gdy strach osiąga apogeum, wydaje się, że słychać przeraźliwy krzyk. Ale człowiek milczy i żadnego krzyku nie ma. Pot zalewa ciało. Mięśnie się rozluźniają."