czwartek, 6 października 2016

A w kieszeniach morfina


Michał Bułhakow - "Notatki na mankietach"


Zima jeszcze nie przyszła, ale ja już o niej intensywnie myślę. Zaczęło się właściwie na wiosnę, od trochę niezdrowego wrzucania do wirtualnych koszyków wszelkich tomiszczy z Rosją lub Syberią w tytule. Jak dobrze, że większość tego księgozbioru zajmuje bajty a nie miejsce na półce, inaczej dawno załamałabym się pod ciężarem tego, co narzuciłam sobie do przeczytania. Skąd ten pomysł? Nagła zmiana klimatu? Politycznego? Geograficznego położenia? Sama nie wiem. Gdzieś w głowie kłębią mi się pomysły, które być może kiedyś ułożą się w logiczną całość, ale na razie wymagają ode mnie zdobycia odpowiedniej wiedzy. To trochę jak poszukiwanie różnych części klucza, który po złożeniu otwiera drzwi do tajemnicy istnienia.

Zanim jednak to się stanie, jeszcze wiele może się zmienić. Tymczasem robię nieśmiałe kroczki w stronę tego niezmierzonego, niezrozumiałego i wielokulturowego kraju, zaczynając od trochę znanego mi terenu, czyli autora mojej ulubionej rosyjskiej powieści. Bez większych ceregieli wybrałam najobszerniejszy (a właściwie jedyny, jaki był w bibliotece) wybór jego opowiadań.

Od razu mówię: nie czytajcie tej książki. W tym momencie niektórzy być może wyłączą stronę i zajmą się czymś innym. Natomiast kilku buntowników, mam nadzieję, spyta: Dlaczego? Otóż, moi drodzy wywrotowcy, są rzeczy, które najnormalniej w świecie powinny zostać w szufladzie, z różnych powodów. Ale! Nie mówię tu o wszystkim, co znajduje się w tej książce. Tak więc gdy stwierdziłam, żebyście nie czytali tej książki, miałam na myśli, nie czytajcie tego akurat wydania, o ile nie chcecie zobaczyć, jak młody pisarz ćwiczy swój warsztat, próbuje podporządkować go dopiero co wschodzącej ideologii (większość historyjek i szkiców dzieje się w pierwszej połowie lat 20-tych XX w. w Moskwie), aż w końcu buntuje się i znajduje swój styl. Większość z tego nie jest jednak, według mnie, warta świeczki, o ile nie planuje się śledzenia kariery Bułhakowa, a jedynie spędzenia przyjemnego wieczora czy dwóch przy ciekawej lekturze.

Mniej więcej do połowy książki przysypiałam nad opisami rozbudowującej się Moskwy, albo historiami o tym, czego to autor nie musi zrobić, czyich dup nie pocałować, jakich bzdur nie napisać, żeby mieć co do gęby włożyć. Przyznam, jest to na swój sposób ciekawe, ale jest pewien szkopuł - nikt mu nie kazał być pisarzem! Otóż Bułhakow skończył studia medyczne, ba! przez kilka lat praktykował. I tu właśnie docieramy do drugiej części książki, a konkretnie do zbioru historii pod tytułem "Zapiski młodego lekarza". Od razu czuć, że pisarz znalazł się w swoim żywiole. Zastanawiam się, czy ktokolwiek spoza kręgu "wtajemniczonych" byłby w stanie tak dokładnie opisać wszystkie przypadki, z którymi młody, świeżo po studiach wysłany na prowincję lekarz, miał do czynienia. Dodam, że był tam jedynym lekarzem, co obecnie, w czasach wieloletnich staży podyplomowych wydaje się być szaleństwem, ale i wtedy budziło w młodym adepcie przerażenie (nie ma się co dziwić).

"Zapiski..." pojawiają się tu i ówdzie w różnych zbiorach opowiadań Bułhakowa. Prawdopodobnie jedne z lepszych to "Niezwykłe przygody doktora", które są, niestety, białym krukiem. Oczywiście ci, którzy lubią się buntować, niech czytają z mankietów, bunt to rzecz ludzka ;D

Natomiast z niepotwierdzonych źródeł wiem, że już na mnie czeka, a niedługo wpadnie w moje łapki "Dziennik Mistrza i Małgorzaty", o tyle mam nadzieję lepszy, że nie pisany pod ówczesną propagandę. Tymczasem idzie zima. Ma być długa i mroczna, w sam raz na innego mojego rosyjskiego ulubieńca i jego trzy obszerne tomiszcza, których, wstyd się przyznać, do tej pory nie tknęłam. Tylko co najpierw? Bracia, Biesy czy Idiota? :P


"- Nic podobnego z tych rzeczy, o których pan opowiedział, nie ma miejsca przy ranach postrzałowych zadanych z bliska. Ile pan ma piątek?

- Piętnaście - odpowiedziałem.

Profesor postawił obok mojego nazwiska trójkę i wyszedłem ogłupiały i zhańbiony...

Wyszedłem, potem wkrótce pojechałem do Murjowa, i oto jestem tutaj sam. Diabli wiedzą,co się dzieje przy strzelaniu do ludzi z bliskiej odległości, ale kiedy leżał tu przede mną na stole operacyjnym ranny człowiek, kiedy różowa od krwi, kipiąca piana występowała mu na ustach - czy straciłem wówczas głowę? Skądże znowu, chociaż człowiek ten miał całą pierś rozwaloną wilczym śrutem i strzał został oddany jak najbardziej z bliska, i widać było płuco, i mięso zwisało z rany kłakami. Nie straciłem głowy: w półtora miesiąca później człowiek ten wyszedł zdrów i cały z mojego szpitala."



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Don't let your dreams die (with you)


Anne Frank - "Dziennik (młodej dziewczyny)"


Od razu mówię, że czytałam po angielsku, stąd nawias w tytule, który tak właśnie brzmi w wersji angielskiej. Dodatek niby nie istotny, ale jednak podkreśla coś, co samo słowo "dziennik" nie oddaje. Otóż książka jest znana, przynajmniej takie mam wrażenie, jako zapis życia rodziny ukrywającej się w Amsterdamie przed okupantem niemieckim podczas II Wojny Światowej. Kończy się w momencie aresztowania, więc nie macie co liczyć na relację z obozu koncentracyjnego. Zawiedziecie się też, jeśli spodziewacie się narzekania, jacy Niemcy są straszni, i jak im się okropnie żyje w ukryciu. Tzn, są i takie momenty, ale jest ich niewiele, bo Anne skupia się na życiu rodzinnym, codziennych kłótniach i swoich własnych wewnętrznych rozterkach... dlatego, według mnie, dodatek do tytułu jest istotny - bo książka tak naprawdę skupia się na życiu wewnętrznym wchodzącej w dorosłość panny, która zupełnym zbiegiem okoliczności przy okazji jest także żydówką żyjącą w czasach wojny.

Anne, z początku dziecinna, narzeka na otaczających ją ludzi, przez których czuje się niezrozumiana, i niedoceniana. Chce koniecznie być już traktowana jako dorosła, tęskni za rówieśnikami, za światem zewnętrznym, wręcz dusi się na małym poddaszu, dzieląc je z siódemką osób, w większości widzących w niej jedynie pyskatą smarkulę. Aż pewnego dnia, nagle, jej styl pisania zmienia się zupełnie. Jest to tak wyraźne, że najzwyczajniej w świecie mnie zatkało. Z notki na notkę widać, jak zaczyna rozsądniej, po dorosłemu, oceniać swoją sytuację, i choć mimo wszystko przebija przez nią dziecięcy optymizm, to muszę przyznać, wyrosła z niej bardzo mądra osóbka, zdolna do racjonalnej analizy zachowania zarówno innych jak i swojego, a także zdolna do przyznania się do własnej winy.

Z czasem czułam coraz większy smutek, gdyż zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy: że osoba aspirująca do bycia w przyszłości bardzo dobrą pisarką nie doczekała końca wojny, oraz że nie miałam możliwości przeczytania tej książki gdy byłam w wieku Anne. Mam wrażenie, że moje życie potoczyłoby się odrobinę inaczej, gdyby tak się stało. Na Zachodzie "Dzienniki", wprawdzie w cenzurowanej wersji (W oryginale Anne nie ma żadnych oporów przed opisywaniem, jak uczyła się o tym, do czego służą narządy rozrodcze, co na potrzeby lektury w szkołach zostało wycięte... trochę szkoda, dorośli nadal traktują przechodzących okres dojrzewania nastolatków jak dzieci, co kończy się tym, że ci szukają wiedzy w internecie... Anne jest w tej kwestii wprawdzie dosadna, ale na pewno nie tak brutalna, jak filmy porno), są wysoko ocenianą lekturą szkolną, natomiast w Polsce książka jest wprawdzie znana, ale conajwyżej mimochodem wspominana na lekcjach, a w bibliotekach i księgarniach ciężka do dostania. No, i zaliczana bardziej do literatury dot. Holokaustu, z którym tak naprawdę nie ma wiele wspólnego. Podejrzewam, że choćby z tego powodu jest w Polsce pomijana - polskich książek holokaustowych mamy w szkołach od groma, po co więc wprowadzać kolejną? Tym bardziej, że niezależnie myśląca Anne wielokrotnie podkreśla, że nie ma zamiaru poprzestać na życiu szarej kury domowej. Oburzające! ;)

W końcu jedno z marzeń Anne się spełniło - została sławną pisarką :)

"Jacy piękni i dobrzy byliby ludzie, gdyby co wieczór przed zaśnięciem przywołali sobie przed oczy wydarzenia całego dnia i dokładnie się zastanowili, co w ich własnych uczynkach było dobre, a co złe. Mimowolnie próbuje się wtedy codziennie na nowo poprawiać samego siebie, z czasem bez wątpienia dużo się osiągnie."


niedziela, 10 stycznia 2016

Ośmionóg, glikozydy i lipidy.



Julio Cortázar - "Wielkie wygrane"


Chyba trzy razy podchodziłam do innej, najbardziej znanej powieści Cortázara - "Gry w klasy". Za każdym jednak razem po paru, parunastu rozdziałach ją odkładałam, być może dlatego, że mam zwyczaj czytać książki od początku do końca (nawet, jeśli to zbiór opowiadań), a tu nagle sugerują mi, by po niej "skakać". A może po prostu nie jara mnie temat paryskiej bohemy? Albo do niej nie dorosłam... (to ile muszę mieć lat, czterdzieści?). Wielki, wspaniały Cortázar, jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego i prozy iberoamerykańskiej, a ja nie potrafię przebrnąć przez jego sztampowe dzieło. Skandal!

Jak to ja, postanowiłam więc... chwycić byka za ogon, zamiast zabierać się za rogi. I wyszperałam w bibliotece "Wielkie wygrane", które są debiutancką powieścią pisarza. Przyznam się, że trochę przyczynił się do tego pan Krzysztof Varga, gdyż swego czasu pofatygowałam się aż do Wrocławia, żeby wysłuchać jego wykładu o Cortázarze. Varga skupił się na mniej znanych dziełach autora (zwłaszcza opowiadaniach, których dwa tomy kurzą się u mnie od paru lat), a ja skrzętnie zanotowałam sobie po co warto sięgnąć.

Już przy pierwszych stronicach poczułam pewną ulgę - bohaterowie znajdowali się w Buenos Aires, a nie w Paryżu. Może więc jednak coś z tego będzie. Na tym etapie okazało się, że warto sięgnąć po jakiś karteluszek i długopis, bo nagle na głowę zwaliła mi się chmara ludzi, z których tylko niektórych warto zapamiętać - mianowicie przyszłych pasażerów tajemniczego rejsu. Wszyscy oni są właścicielami szczęśliwych losów z loterii - stąd tytuł książki. Bohaterowie z pozoru są raczej przeciętni - dwaj nauczyciele, uczeń z rodziną, narzeczeni z matkami, matka z dzieckiem i jej przyjaciel, dwa młode małżeństwa (czyżby?), przedsiębiorca. Z czasem jednak okazuje się, że większość z nich ma jakąś tajemnicę, lub wykorzystuje wyjazd jako ucieczkę przed dotychczasowym życiem.

Barwność oraz różnorodność postaci, a także sposób, w jaki autor powoli dawkuje wiedzę o nich, pozostawiając wiele domysłom czytelnika, bardzo mi się spodobał. Gdzieś w tle działa się "akcja", o której jednak przypomniałam sobie tylko od czasu do czasu, kiedy trzeba było się oderwać od egzystencjalnych rozmów bohaterów.

Autor nawiązywał też do niesprawnego systemu politycznego Argentyny, który po 55 latach od publikacji książki wciąż tonie w korupcji (przypomina mi się jedna z "Dzikich historii", w której bohaterowi kilkakrotnie odholowują samochód, przez co rozpada się jego małżeństwo, aż w końcu ląduje w więzieniu - o ile dobrze pamiętam). Na szczęście nie trzeba znać historii kraju by czerpać przyjemność z lektury :)

Trochę więcej o szczęściu niech wypowiedzą się sami bohaterowie:

"Wiesz, że w zasadzie słone, przesycone jodem powietrze przynosi mi szczęście. Krótkie, przelotne jak te ptaki, które zobaczysz, a które towarzyszą statkowi przez chwilę, czasem przez cały dzień, ale w końcu zawsze znikają. Nigdy się tym nie przejmowałem, że szczęście krótko trwa, Paulita. Przejście szczęścia w przyzwyczajenie jest jedną z najskuteczniejszych broni śmierci."

"Chodzi o coś bardzo skromnego, może przyziemnego nawet, i bardzo egoistycznego. O trochę szczęścia, które zrobiłoby możliwie mało dziur w innych, coś, co i tak nie jest łatwe, co staje się jeszcze trudniejsze, kiedy się nie chce ani nikogo kupić, ani samemu sprzedać, a tylko zachować swoją niezależność."

"Wszystko tak było ustawione, by z tej podróży zrobić coś w rodzaju przerwy pomiędzy odłożeniem jednej książki a momentem, w którym zacznie się przecinać stronice następnej. Ziemia niczyja, gdzie, o ile to możliwe, liżemy rany oraz zbieramy węglowodany, tłuszcze i rezerwy moralne przed nowym zanurzeniem się w kalendarz."

A skąd tytuł posta? Dowiedzą się tylko ci śmiałkowie, którzy sięgną po książkę :)

poniedziałek, 10 listopada 2014

To Coś.

Jack Kerouac - "W drodze"

Zajadam się ostatnio śmietanką amerykańskiej prozy, aż  mi w boczki trochę poszło. Niechcący. Nic nie poradzę, że jest pyszna. Fitzgerald, Faulkner, czy inne Hemingway'e, całe to towarzystwo tzw. straconego pokolenia lat dwudziestych, każdy piszący odmiennym stylem, jednak wszyscy niesamowici i wciągający.

Tymczasem wybrałam się na polowanie po poznańskich bibliotekach i wpadło mi w łapki "W drodze". Od jakiegoś czasu nazwisko Kerouac przewijało mi się tu i ówdzie, wzbudzając coraz większą ciekawość. Po zastanowieniu (i braku tego, po co przyszłam), książka skończyła w moim plecaku. Nie, nie wyniosłam jej cichaczem, tylko z dzielnym postanowieniem pilnowania terminów, podpisałam się pod pożyczką własną parafką, dając tym samym drugą szansę Bibliotece Raczyńskich.

Historia jest opowiadana w sposób, jaki żyją bohaterowie - jednym tchem, pragnąca pochłonąć wszystko, cały świat na raz. Siłą napędową jest Dean Moriarty, który wraz z Salem Paradise, pędzi na łeb na szyję z wschodniego na zachodnie wybrzeże i z powrotem(i tak kilka razy, aż lądują w Meksyku). Właściwie odetchnęłam tylko w jednym momencie, gdy Deana nie było, a główny bohater zajmował się zbieraniem bawełny i bawieniem w rodzinę z uroczą Terry i jej synkiem. W międzyczasie pojawia się także małżeństwo Lee oraz Carl Marx - pierwowzorami tych wszystkich postaci byli przedstawiciele tzw. Beat Generation, a zarazem bliscy przyjaciele Kerouac'a.

Momentami miałam wrażenie, że wmuszam w siebie tą książkę (zwłaszcza fragmenty opisujące muzykę - jazz to zupełnie nie moja rzecz), ale jednocześnie nie potrafiłam odłożyć jej na dłużej niż dzień. Nagle zapragnęłam cofnąć się w czasie do późnych lat czterdziestych, albo chociaż natychmiast wyjechać do Stanów, by poczuć ten ogrom przestrzeni i zapach prowincjonalnych miast, sprawdzić, czy czas stoi tam w miejscu, czy też może pełznie trochę szybciej od żółwia goniącego sałatę.

Odniosłam wrażenie, że książka (a także film sprzed dwóch lat) nie podobają się oczytanym w klasyce osobom. Częściowo zapewne dlatego, że nie jest pisana jakimś super wyszukanym stylem, a czytając ją można prędzej dostać zadyszki, niż odpocząć. Sięgając po nią musicie mieć świadomość, że ubrudzicie sobie ręce. Bohaterowie często nie mają pieniędzy, chwytają się każdej (nawet hańbiącej), szansy na zarobek, żyją chwilą, piją, palą, biorą narkotyki, bawiąc się przy tym przednio i nie myśląc o konsekwencjach(a często też o bliskich, których ranią). Jednak zdecydowanie jest to największym plusem książki - rzeczywistość,która dzieje się tu i teraz(bo jutra może nie być) oraz prawdziwość postaci. Być może nie da się tak cały czas, ale na 400 stron, czemu nie? Ktoś kiedyś powiedział, że najbardziej niesamowite historie są oparte na prawdziwym życiu, i ta książka to potwierdza.

Na koniec fragment przemyśleń Sal'a będącego pod wpływem... najzwyklejszego głodu:

"Przez jedną krótką chwilę doświadczyłem ekstazy, którą zawsze pragnąłem osiągnąć, jakbym dał krok poprzez czas chronologiczny w ponadczasową cienistość, zadziwienie pośród ponurości śmiertelnego padołu i poczucie, że śmierć depcze mi po piętach, żebym parł na przód, a jej zjawa też aż gubi pięty, ja zaś pędzę na wystającą za burtę deskę śmierci, skąd uleciały wszystkie anioły i pofrunęły w świętą próżnię wiekuistej pustki, gdzie potężne, niepojęte promienistości błyszczą w jasnej Istocie Umysłu, a niezliczone ziemie lotosowe rozwierają się w magicznym rojowisku niebios. Dobiegał mnie nieopisany, wrzący łoskot, który nie rozbrzmiewał mi w uszach, tylko wszędzie, i nie miał nic wspólnego z dźwiękiem. Zrozumiałem, że umarłem i odrodziłem się nieskończenie wiele razy, a tylko pamięć mnie zawodzi, bo po prostu przejścia od życia do śmierci i z powrotem do życia są upiornie łatwe, stanowią magiczne przesunięcia do zera, niczym zasypianie i budzenie się znów milion razy, przy całkowitej swobodzie i głębokiej ignorancji. Zrozumiałem, że to falowanie narodzin i śmierci odbywa się tylko i wyłącznie za sprawą stabilności przyrodzonego Umysłu, tak jak wiatr marszczy arkusz czystej, spokojnej, lustrzanej wody."

poniedziałek, 17 lutego 2014

Człowiek, który wypadł z czasu.

Kurt Vonnegut - "Rzeźnia nr 5"

Wybierzemy się dziś na Tralfamadorię. Jest to przeurocza kraina, zamieszkana przez istoty przypominające kształtem przetykacz do zlewu zakończony ręką. Składa się z czterech wymiarów, więc proszę uważać, bo bardzo łatwo jest się zgubić w czasie... i na przykład wylądować w środku Drezna podczas bombardowania w 1945 roku. Czasami wystarczy przejść przez nieodpowiednie drzwi, i już się jest gdzie indziej. Dlatego proszę trzymać się grupy ;)
Właściwie bombardowanie Drezna miało być tematem przewodnim książki. Tymczasem skaczemy w czasie średnio raz na pół strony - a to oglądamy traumatyczne przeżycia głównego bohatera, Billy'ego, z dzieciństwa, za chwilę scenę z jego miodowego miesiąca, potem wracamy do czasów Drugiej Wojny Światowej, żeby w końcu odwiedzić Tralfamadorię, gdzie Billy przetrzymywany w zoo, ma za zadanie spółkować z również porwaną z Ziemi gwiazdą porno, ku uciesze wyżej wspomnianych przetykaczy do zlewów o czterowymiarowej świadomości. Pogubiliście się? Spokojnie, Billy też. Zdarza się.
O co w ogóle chodzi? Podejrzewam, że o bezsens wojny. O to, jak wielkim ratunkiem dla człowieka, który przeżył traumę, może być wyobraźnia. I chyba o to, że tak naprawdę na niewiele spraw w życiu mamy wpływ. Miłość? Zdarza się. Dziewczyna dała ci kosza? Zdarza się. Ktoś zmarł? 135 tysięcy ludzi? Zdarza się. Filozofia tralfamadorska uczy, aby wspominać te momenty, w których byliśmy szczęśliwi. Wracać do nich w myślach, gdy jest nam źle. Tylko uważajcie, by czasem tak jak Billy, nie zgubić się w czasie ;)
Z ciekawości (i niedosytu) obejrzałam film. Nie zobaczyłam Tralfamadorczyków, więc chyba nie było warto :P Aczkolwiek słyszałam, że Guillermo del Toro był zainteresowany ekranizacją. Teraz już wiem, skąd wziął się pomysł na potwora z oczami w rękach z "Labiryntu Fauna" :P


"Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na Tralfamadorii, było to, że śmierć jest tylko złudzeniem. Człowiek żyje nadal w przeszłości, tak więc głupotą jest płakać na pogrzebie. Wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe, zawsze istniały i zawsze będą istnieć. Tralfamadorczycy mogą oglądać te różne chwile tak, jak my możemy oglądać na przykład Góry Skaliste. Widzą, że poszczególne momenty są niezmienne, i mogą wybierać te spośród nich, które ich w danej chwili interesują. To tylko my na Ziemi mamy złudzenie, że chwile następują jedna za drugą, jak korale na sznurku, i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze.
Tralfamadorczyk widząc trupa myśli sobie po prostu, że zmarły jest aktualnie w złej formie, ale jednocześnie wie, że ta sama osoba czuje się znakomicie w wielu innych momentach. Kiedy teraz słyszę o czyjejś śmierci, wzruszam tylko ramionami i mówię to, co mówią w takich razach Tralfamadorczycy; to znaczy: Zdarza się."

* "Rzeźnia numer pięć", Kurt Vonnegut Jr., PIW, Warszawa 1989, s.26-27.

piątek, 24 stycznia 2014

Is it peacefull in the ocean deep?


Dorota Masłowska - "Kochanie, zabiłam nasze koty"

Mieliście kiedyś kota? Potrafią być naprawdę przewrotne... W jednej chwili mruczą i łaszą się, by za chwilę z całej siły wpić się zębami i pazurami w rękę, albo zupełnie bez uprzedzenia z małego, uroczego kociaka, zamieniają się w sukkuba, który miauczy po nocach (przepraszam, właściwie całe noce), wypina tyłek na byle dźwięk lub ruch i ma ochotę przelecieć dywan, plecak, ołówek (z gumką :P) lub nogę... cokolwiek. Ach, tak, i czasem robi siku na poduszkę, co zazwyczaj oznacza, że zapomniało się posprzątać kuwetę... lub się jej nie posiada.

Tymczasem książka Masłowskiej właściwie nie jest o kotach. Poza epizodyczną rolą trupa, niby nigdy nic wygrzewającego się w słońcu wśród pędzących samochodów, i wyżej wspomnianym narobieniem na poduszkę, nie pojawiają się wcale. Jest za to dużo oceanu, syren(które wcale nie są ładne i na dodatek mają słabość do wódki), jogi, żelu antybakteryjnego i samotności.

Jakoś tak się stało, że od samego początku zostałam zniechęcona do Masłowskiej. Dopiero wiele lat po jej spektakularnym debiucie, w końcu odważyłam się obejrzeć film o wojnie polsko-ruskiej i pozytywnie się zdziwiłam. Wprawdzie po książkę wciąż nie sięgnęłam, ale ostatnio w bibliotece wpadła mi w ręce ta, najnowsza i, co mnie zaintrygowało, pisana "normalnym językiem", o ile w przypadku tej autorki możemy o czymś takim mówić. Bo w świecie "Kochanie..." wszystko odbiega od standardów. Każdy bohater jest od czegoś uzależniony, lub znajduje się na skraju załamania nerwowego, tudzież przeżywa akurat kryzys twórczy, tak jakby bycie normalnym od razu wykluczało innych z możliwości zaistnienia w książce. A może po prostu nie ma ludzi normalnych?

Tak więc ja byłam pod wrażeniem - języka, zabawnego, prostego i do bólu szczerego, oraz płynnego przechodzenia między granicą jawy i snu, której często nawet bohaterowie nie zauważają. Aż tu nagle koniec. Trochę za szybko ;)

Jeśli lubicie filmy w stylu "Requiem dla snu" albo "Fight club" to książka powinna wam się spodobać :)

A co się dzieje w piątki?:

"Miasto zaczyna się trząść już koło osiemnastej, a potem buzuje aż do nocy, pełne przekrzykiwań, pisków, głupich śmiechów, łamiących się obcasów, brzęku butelek, strzelających korków od szampana, koki zasysanej z desek klozetowych i naciąganych na członki prezerwatyw... Przerabianie przez cały tydzień swojego jedynego, niepowtarzalnego, nieubłaganie mijającego życia na pieniądze musi skończyć się głupawką, zwierzęcym wrzaskiem "mam prawo do odrobiny wolności!!!". Nawet jeśli ta hektyczna, hurtem realizowana wolność, która musi wystarczyć na cały kolejny tydzień, oznacza prawo do swobodnego robienia z siebie palanta, darcia śluzówki genitaliów na strzępy i do spania potem głową w sraczu."

D. Masłowska, "Kochanie, zabiłam nasze koty" s.77
http://asunder.deviantart.com/art/Siren-Night-alternate-ver-62513446


czwartek, 16 stycznia 2014

Space Oddity.


Arthur C. Clarke - "2001: Odyseja Kosmiczna"

Trzy minuty wgapiania się w czarny monitor przy akompaniamencie muzyki klasycznej. Jesteście w stanie to wytrzymać? W dzisiejszych czasach pewnie większość z was w międzyczasie zrobi pięćset innych rzeczy. Ja po dwóch minutach przewinęłam film do przodu, żeby sprawdzić, czy aby posiadam wersję audio-wizualną, czy tylko audio ;P A potem... potem (pomijając logo metro goldwyn meyer z trochę mało ruchawym lwem - nawet nie zaryczał) pojawiają się małpy. No dobra, małpoludy... które na dodatek wrzeszczą na siebie, na kamień w kształcie prostopadłościanu, na inne małpoludy, na geparda, na jakiegoś przodka świni... chwila, na prostopadłościan? I w ogóle, czy to nie miał być film science - fiction?

Pierwszy raz obejrzałam Odyseję Kosmiczną wiele lat temu, jeszcze w telewizji, więc zmuszona byłam przetrwać całość za jednym zamachem. Ale czego nie robi się dla ponadczasowej sławy kina. Główne rzeczy, które utkwiły mi w pamięci, to właśnie małpy, pokręcone zakończenie i noworodek. Takie trochę, yyhhh, o co chodzi? To chyba za mądre dla mnie...

Miesiąc temu byłam w mojej kochanej bibliotece w Koźminie, i wynurałam książkową wersję kinowego hitu. Pomyślałam, oo, a więc to jeszcze nie koniec, nie chcesz mi dać spokoju, Odysejo! A zresztą, co mi szkodzi, może w końcu dowiem się, nad czym się tak ludzie zachwycają?

I tym razem trzeba było cofnąć się w czasie o 3 mln lat, i przetrwać małpy. Właściwie, po pierwszej części poczułam lekkie oburzenie - jak to, to nie doszliśmy do wszystkiego sami? Panie Clarke, próbuje mi pan wmówić, że to duży, czarny kamień o proporcjach 1:4:9 nauczył naszych przodków jedzenia mięsa? Zabijania? I w ogóle, czemu prostopadłościan, a nie kula? Albo... piramida? :P

Następnie przechodzimy do bardziej współczesnego problemu - uczłowieczenie komputera i jego konsekwencje. Przy okazji zwiedzamy dalsze planety naszego układu, a zwłaszcza te, których w filmie mi bardzo brakowało (a specjalnie obejrzalam drugi raz, żeby sprawdzić, czy są) - Jowisz i Saturn. Na koniec główny bohater dociera do Japetusa, saturnowego księżyca, na którym odnajduje prostopadłościan "matkę" i... znika w nim.

Myślę sobie, że i tak za dużo fabuły zdradziłam. Czy pomogło mi zrozumieć film? Tak. Na pewno warto najpierw sięgnąć po książkę, zanim zabierzecie się za ekranizację. To zresztą żadna nowość ;) Niestety, spowodowało też, że moje oczekiwania wobec filmu wzrosły. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Acz z przyjemnością obejrzałabym Saturna z bliska :P
Na koniec cytat z jedną z teorii o tym, jak mogą wyglądać przedstawiciele obcej cywilizacji, i jak, być może, kiedyś będziemy wyglądali my:

"Wraz z rozwojem wiedzy stworzenia inteligentne muszą prędzej czy później pozbyć się kruchej, podatnej na choroby i wypadki otoczki, w jaką wyposażyła je natura; otoczki skazującej na nieuniknioną śmierć. Zastąpią swoje ciała, zużywające się wraz z upływem lat, konstrukcjami z metalu i plastiku, uzyskując w ten sposób nieśmiertelność. Mózg przetrwa jakiś czas jako ostatnia pozostałość ciała organicznego, kierująca mechanicznymi członkami i obserwująca Wszechświat poprzez elektroniczne zmysły, daleko sprawniejsze od tych, które rozwinęły się w wyniku ślepej ewolucji."

Nie wiem czemu pomyślałam o Dalekach z Dr Who :P